jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
teeny tiny temper 2017-11-23

Mam krótki lont. Zapalam się szybko i niewiele mi trzeba.


Gdybym była chłopcem to nosiłabym się w ortalionie i wystawałabym w bramach. A każdemu kto by się krzywo spojrzał od razu waliłabym prosto w mordę. I jeszcze skroiłabym kasę i telefon.


Mam nadzieję, że żaden ze znanych ludzkości bogów nie stworzył mnie na swój obraz i podobieństwo. Bo ludzkość miałaby przesrane. (No i w sumie to ma).


Od kiedy znalazłam swój język (angielski) ciężko mi się zamknąć. Jestem gawędziarzem. Opowiadam w pracy historie, np. taką o opuszczonych szybach w samochodzie. Historię bez precedensu, bo o tym jak krytyka stylu jazdy dotarła do uszu odbiorcy i o tym jaką usłyszał odpowiedź. Gadam i gadam. Lubię gadać i sobie pogadać. Do ludzi, których znam już od lat. Lubię sobie pożartować, czasami własnym kosztem i z ludzmi których znam od lat.


Ale. To z ludźmi których znam od lat. Moim kosztem nikt obcy bawił się nie będzie.


Mamy nową studentkę na praktykach rocznych. Studentkę, która grała ze mną w orkiestrze i to ode mnie dowiedziała się o pracy. Pierwsze skrzypce, parszywe Pierwsze Skrzypce. Pierwsze Skrzypce w pracy mają problem z lojalnością. Przy Pierwszych Skrzypcach nie wolno przypadkiem powiedzieć czegoś złego o szefowej, bo bardzo szybko trafi to do jej uszu. Pierwsze Skrzypce są idealne w obecności szefowej. Ale potrafią spóźnić się do pracy 25 minut i nawet nie powiedzieć sorry.  Pierwsze Skrzypce jest straszną wazeliniarą, ale wchodzi w tyłek tylko najwyższemu rangą. A druga po Bogu to jestem ja. A nie jakieś tam Pierwsze Skrzypce.


Kiedy Pierwsze Skrzypce ma problem albo coś popsuje, przychodzi do mnie, żeby nie wypaść źle w oczach szefowej. A ja, wbrew temu co do tej pory zostało o mnie powiedziane, jednak zawsze byłam pomocna. Do dzisiaj jak mniemam.


Bo Pierwsze Skrzypce wtrąca się do rozmów dorosłych. Wtrąca się do moich prywatnych rozmów z szefową i robi to tak, żebym wyszła na idiotkę. Zawsze rzuci jakimś małym, uszczypliwym komentarzem w moją stronę. Do dzisiaj było bez ofiar. A dziś wypuściłam ZŁE. Dziś powiedziałam: spierdalaj, idź zajmij się czymś zwiazanym z pracą. Jak nie masz co robić, to ja mam bardzo dużo zajęć dla ciebie. Spierdalaj, spierdalaj, spierdalaj.


Nieprofesjonalnie. A później stałam przy tym wielkim piekarniku do suszenia próbek, tym w kształcie postawionej pionowo, dwuosobowej trumny i obracałam w dłoniach zlewkę z próbką Pierwszych Skrzypieć. I przez cudowne sekundy byłam gotowa rozbić ją w drobny mak. Że niby tak przypadkiem. Ale tego nie zrobiłam.


Mam parszywy charakter. Ale muzykę na koniec zostawiam Wam dziś najpiekniejszą na świecie. 







z dziada pradziada 2017-11-20

Mądrość ludowa głosi, aby nie brać życia zbyt na serio, bo i tak nie wyjdziesz z niego żywy. Dlatego zmieniam temat notki i opowiem Wam o moim dziadku Stasiu nieobecnym w cielesnej postaci już od ponad dwóch lat.


Dziadek Staś miał stary radziecki rower i szufladę pełną śrubokrętów i kabli. I namiętnie kupował na targu, od naszych wschodnich sąsiadów, ruskie radioodbiorniki. W kwestii spędzania wolnego czasu u dziadków, jakkolwiek babcine obiady były niezwykle nęcące, to ta szuflada ze śrubkami i gniazdkami od kontaktów biła na głowę wszystko. Ciekawe co jest teraz w tej pierwszej od prawej szufladzie, skoro dziadka już nie ma?


Wpatrywałam się w spracowane ręce Stasia, w ręce jego ojca i w dłonie ojców. W plataninie kabli wszechświat się zamknął i skurczył. Brodę opierałam na ręcach i gapiłam się. A kiedy już gapiłam się tak wystarczająco długo, wtedy słowo stawało się ciałem, dostawałam własny śrubokręt (ale nigdy lutownicę!). I mogłam rozkładać na czynniki pierwsze ten element bez nazwy, ten podzespół ten.


Ciekawe czy w niebie dziadek skręca i rozkręca ruskie radia? Czy energia, w którą się zmienił to energia fal radiowych? A jeśli tylko w proch się obrócił, to czy ten proch stanie się kiedyś elementem układu scalonego? Czy jakaś cząteczna na bilion wróci w obieg jako drucik platynowy?


A może dziadek nigdy nigdzie się nie wybrał, zmienił tylko formę na nieco bardziej rozproszoną. Stał dziś przy mnie jak mokłam na deszczu przy tej butli z helem gdybając intensywnie, gdzie ten wyciek. A jak hel cieknie to finansowa tragedia. I wykyć to, to niełatwo. I załamać się można. A ja do serwisowania instrumentów laboratoryjnych się nie nadaję, mi trzęsą się ręce i drży moje istnienie. Nie nadaję się od kiedy dorosłam, bo za dziecka to byłam pierwsza, wiadomo. Przez tymi wszystkimi kuzynami co się pchali do kabli.


I dziś byłam znowu tym dzieciakiem z poobdzieranymi kolankami i włosami obcietymi „na chłopaka”. Zatamowałam wyciek helu, zgrabnie i z gracją. Wylądowałam takim mocnym telemarkiem. Chromatogramy popłynęły z ekranu idealnymi pikami. A ja podchodziłam do każdego w laboratorium i przechwalałam się, że taka jestem pro i zajebista. Z dziada pradziada.  


 


 


problemy z duszą 2017-11-09

Jestem ponura jak gradowa chmura. Ale nie dzisiaj. Jechałam do pracy, do której spóźniłam się trzy godziny, a twarz mi rozciągał uśmiech od ucha do ucha.


Już wszystko wyjaśniam. Zamieniajcie się w słuch.


Kontrabas mój nie domagał. Okazało się, że dusza z niego wyrosła. Że dusza w nim już nie tkwi tylko przesuwa się nieco na zachód, czy tam wschód. Dla niewtajemniczonych, dusza to kawałek drewnianego kołka, który tkwi między przodem i tyłem kontrabasu pod strunami D i G (mniej więcej). Zadzwoniłam do polecanego lutnika Clivea i umówiliśmy się na dzisiaj. Pojechałam, trochę z własną duszą na ramieniu. Pojechałam, zaparkowałam, wysiadłam i wstąpiłam w inny wymiar. Przysięgam, że w pracowni lutniczej czas się zatrzymał. Przez dwie godziny gadaliśmy tylko o kontrabasach. Co będziemy robić, duszę nową w kontrabas wkładać (nie uważacie, że to bardzo magiczne tchnąć w coś nową duszę?), most będziemy piłować i to już zupełnie fanaberie moje, ale zakochałam się w czarnym włosiu do smyczka i będę zmieniać, bo na miłość nie ma lekarstwa. Gadaliśmy i gadaliśmy, na stołach i półkach leżały skrzypce i wiolączele. Smyczki warte więcej niż moje wszystkie organy sprzedane na czarnym rynku, razem wzięte. Wielkie, okratowane, brudne okna. Piszę o tych oknach, bo wszystko tak było jak z obrazka, chociaż nikt tego designu nie zaprojektował. I stała tam harfa, gdyby nie wielki napis, nie dotykać to bym ją tak...


A później Clive zaczął wypełniać papiery, pismem tak starannym i tak dokładnie jakby czas przestał uciekać przez palce, jakby przestała się liczyć każda seksunda, którą trzeba wyrwać z paszczy codziennego umierania.


A jeszcze później powiedział i to językiem, który tylko człowiek zakochany potrafi zrozumieć


- To jest on, czy ona?


- On.


- A jak ma na imię?


- Howard.


A po kilku godzinach, kiedy stałam nad wielkim piekarnikiem w pracy, z którego wyciągałam wysuszone próbki, zadzwonił mój telefon. Howard może wracać do domu. Mam nadzieję, że go polubisz.


Wpadam do domu, w korytarzu gubię buty. Taki inny jesteś jakiś. Obniżone struny, ta G to już w ogóle kosmos. Moje mięśnie nie znają jeszcze twoich nowych sekretów. Ale brzmisz jak jeszcze nigdy nie brzmiałeś. Sączysz się przez uchylone okna, do domów sąsiadów. Gramy Dziadka do Orzechów Czajkowskiego. Wszystko w nas się śmieje. Gwiazdka przyszła wcześniej w tym roku. 


karma górą 2017-10-29

Wiecie jak to jest jak czasami, kiedy cała ta zła karma co ją sobie nagrabiliście nagle się kumuluje i trafia w was z ogromną siłą. Odnoszę wrażenie, że właśnie trafiłam kumulację.


Pomijając już zawirowania w pracy i fakt czekania na powrót szefowej przez tydzień, wyszło mi z zimnej kalkulacji, że mnie nie stać, żeby jutro pracę rzucić. Z nerów nad brakiem innych rozwiązań zaczęłam zaciskać zęby. Nieświadomie i do bólu. I bolą mnie zęby albo głowa, albo mam migrenę od trzech dni. Sama już nie wiem.


Na kanwie gównianych wydarzeń odkryłam, że mój kontrabas wymaga interwencji lutniczej. Mój samochód wymaga interwencji mechanika, a mój wzrok wymaga nowych okularów.


Miałam dziś rano polecieć balonem, ale nie poleciałam ze względu na silny wiatr. Z racji zmiany planów, wcześnie rano, zrobiłam sobie kawę i zaplanowałam zaszyć się pod kocem z laptopem. Laptop od czasu utraty gwarancji zaczął mi się psuć i dziś finalnie się zepsuł. Moje ranne plany szlag trafił po raz drugi. Miałam ochotę rozwalić to, to na podwórku siekierą. Ale nawet nie mam cholernej siekiery. A mogłam sobie ulżyć!


Niby przyciągnęłam ze sklepu nowy laptop, ładny ma kolor, ale nie poprawił mojego samopoczucia ani stanu finansowego.


Los jedynie nie zadrwił sobie z jednej rzeczy, którą zrobiłam całkiem spontanicznie. W piątek odkryłam, że zespół Hey gra w sobotę wieczorem koncert w klubie studenckim w Nottingham. Kupiłam po bilecie dla mnie i Jaśka i pojechaliśmy.


Moje nastolactwo(?) i bunt przypada na wielką popularność Nosowskiej. Ostatnio widziałam ją na 12 godzin przed moją maturą z polskiego, ponad dziesięć lat temu. I niby stępiły mi się zęby trochę, ale mało brakowało a pobiegłabym pod scenę i zaczęła śpiewać na całe gardło. A tak podrygiwałam tylko jak ryba wyjęta z wody i podśpiewywałam pod nosem. Bardzo udany koncert. Przyjemna odmiana od siedzonych koncertów jazzowych, na które chadzam jak na prawdziwego hipseta przystało. I zaznajomiłam Jaśka z jedną z legend polskiej muzyki rockowej. I przysięgam, podobało mu sie!  Kupiłam sobie ostatni album CDN z największymi przebojami w nowych aranżacjach i będę słuchać w drodze do pracy. Może mnie to wyciszy i nie walnę jutro drzwiami zaraz po tym jak w tych drzwiach się pojawię.


Teraz czuję jak w życiu moim życiu istnieją tylko dwie opcje. Wrócić do czytania przezabawnej książki przygodach ciotki Poldi, która sprowadziła się Sycylię, bo chciała się zapić na śmierć patrząc na morze. Albo wyszukać w kuchni największy nóż i zabrać się za masakrę haloweenowej dynii. Nigdy nie zrobiłam dyni na Halloween. A czuję, że to jest na mojej liscie rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią. To idę, masakrować dynię. Pozdro.







 


rozumem nie ogarniesz 2017-10-26

Brakuje mi przyjaciela od kiedy Mała wyjechała na studia. Takiego, z którym przy kubku kawy, kradnąc dupogodziny, które powinny być spędzone na robocie szeptałyśmy sobie sekrety. Mała umiała słuchać i w każdym szukała czegoś dobrego. W jej oczach byłam mądra, dobra i miła. I pewnie taka się stawałam. A teraz jestem sobą. I daleko mi do tego wszystkiego.


Brakuje mi mądrości dojrzałych kobiet, które nie stały się podłymi macochami węszącymi podstęp. Ja węszę. Ja nie widzę zbyt wiele dobra w drugim człowieku. Ktoś mi ukradł ostatnio moje młode kury nad którymi sprawowałam opiekę po godzinach. Ktoś mi zarąbał moje małe kurki, bo takie były trochę ładniejsze od zwykłych. Przyszedł, otworzył sobie bramę i mi zabrał. A później wrócił i zabrał jeszcze tą jedną którą zostawił poporzednio. Człowiek, nie lis. Lis nie wybiera i zostawia ślady. Lis nie połasi się na ładne pióra, a człowiek już tak.


Nie wierzę w człowieka. Bolesna jest to niewiara. Ale też nie staje się cud. Nic mi tej wiary nie przywraca.


Dlatego kiedy dorosła już córka mojego Jaśka pisze do niego tylko w chwilach, kiedy ma drogie oczekiwania finansowe, to muszę się bardzo, bardzo gryźć w język. Bo jej się należy samochód, bo kamera, bo laptop z najwyższej półki. Spoko, swoim dzieciom trzeba pomagać. Ale dziecko, które odnajduje wspólny język z ojcem tylko w chwilach kiedy potrzebuje pieniędzy, nie zyskuje mojej sympatii. Ale trudny to temat. Bo w innych okolicznościach miałabym całe mnóstwo do powiedzenia, a teraz nie bardzo mogę. Dzieci są na wieczność. Nawet te złe i niewdzięczne. Nawet te wyrachowane. I czasami (co mnie przeraża) ludzie we własnych dzieciach nie dostrzegają tego co złe. I Jasiek nie widzi tej zależności, ocieplania i oziębiania stosunków w zależności od sytuacji finansowej.


Chciałabym (a może wcale nie) czasami być ślepa i głucha na to co widzę w innych ludziach. A ja się burzę i staję okoniem. Jak się naśmiewają z mojego Irlandzkiego klienta, Marka, który jąka się przeokrutnie. To nie udziela mi się świetny humor. Tylko walę pięścią w biurko i mówię, że to okropne i obrzydliwe. I jeszcze trochę a komuś przywalę.


Nie jestem stroną bierną. Nie potrafię się zamnąć przy tak wielu okazjach. A powinnam. Dorośli wiedzą kiedy się zamknąć. A ja wiem, że powinnam. Ale nie potrafię. Zżera mnie od środka ciekawość, co będzie jak się postawię. I stawiam się. Coraz częściej, coraz głupiej. Pilnuj własnego nosa. Nie potrafię. Świat mnie wkurwia. Zło wokół mnie, to małe, codzienne, głupie i podłe. Nie chcę stawać się częścią tego czego się brzydzę. Nie chcę udawać, że nic nie widzę. Choć wiem, że pewnego dnia sobie nagrabię.


Pewnego dnia nie ugryzę się w język i powiem Jaśkowi co widzę w jego jedynym, wyidealizowanym dziecku. A może nie. Może miłość do dziecka ma być taka. Ma idealizować. I nie potrzebuje osób trzecich z ich osądami, nieważne sprawiedliwymi czy nie.


Nie wiem. Głupia jestem i nie wiem. Chciałabym znać kogoś, kto nie jest głupi i zasięgnąć porady.


Może z miłością do nieidealnych dzieci jest jak z moim uwielbieniem do kotów. Niby trudno to, to kochać. Bo zamiast wzajemności dostaje się ochłap albo zdechłą mysz. Ale miłość to miłość. Rozumiem nie ogarniesz. 







żeby za słodko nie było 2017-10-23

Niby dorosłam a niby nie. Zostałam dziś postawiona w idiotycznej sytuacji przez moją szefową. W tak idiotycznej, że zdałam sobie sprawę jak się zasiedziałam na mojej ciepłej posadzie. Cztery i pół roku w tym samym miejscu.


Na koniec miesiąca obiecaną miałam podwyżkę, jednym z warunków było to, że lotne kwasy tłuszczowe zostaną pobadane na chromatografie. Że metoda zostanie odkryta i scementowana. Dostawcy nie dostarczyli jeszcze zamówionych miesiąc temu standardów. Jakby nie moja wina. No jakby. Poniekąd nie wywiązałam się, ja i reszta świata.


Kasa z podwyżki została już tak jakby, przynajmniej teoretycznie, wydana. Tydzień na Islandii, w kraju, w którym droga nie zostanie wytyczona przez teren jeśli mieszkają na nim wróżki i elfy. Tydzień we Włoszech. Minimum. Weekend w Amsterdamie? Także było słodko. Snułam słodkie plany. Dostawca przecież zawalił nie ja.


Tymczasem dziś moja szefowa sprytnie i cichaczem, podrzuciła na moje biurko czek, opiewający na moją standardową wypłatę i zmyła się szybciutko na tydzień zanim zdążyłam zareagować. Niby dorosłam, więc nie boję się konfrontacji. Mogę śmiało usłyszeć, jeszcze tego nie zrobiłaś, sorry, jak zrobisz to będzie. Ale nie żeby ktoś przede mną umykał na tydzień. Chciałam wysłać jej długaśnego smsa, o treści, świadczącej o tym, że nie dorosłam i że ona też na pewno nie dorosła. Ale poczekam. Poczekam tydzień i powiem coś mądrego. Konfrontacja twarzą w twarz. Posturą swą drzwi ucieczki zastawię. Tymczasem wygrzebuję z czeluści internetu moje stare CV do poprawki. Lepiej targować się z wygranej pozycji... 


zniesienie monarchii 2017-10-11

Popijam herbatę z miodem i cytryną, bez rumu. Bo charytatywnie nie piję żadnego alkoholu w miesiącu październik. Gdyby ktoś chciał wpłacić kasę na szczytny cel walki z rakiem to podam namiar.


Piję herbatę bez rumu jako się rzekło, choć może ten rum by dziś rozgrzał i rozmył to co we mnie dziś pogrywa. Pogrywa we mnie czwarty z grzechów głównych.


Zazdrość.


Pojechałam dziś na próbę. Okoliczności przyrody zlały się w spójny obrazek. Tragedie na drodze. Objazdy. Jadę bezdrożami i gdybym tylko tak się nie bała jeździć samochodem w obcych miejscach to bym zobaczyła i opowiedziała wam, że było tam pięknie. A tak dłonie ściskają kierownicę. Dłonie nie-dłonie muzyka. Dłonie chemika. Dłonie grzebiące w ziemii. Nie szczupłe piękne dłonie. Normalne ręce. Z dziada pradziada, z chłopskiego pochodzenia.


Pędzę na próbę, woda chłapie mi pod butami. Moknę. Dzwonię drzwonkiem, drzwi otwiera mi roześmiany Rob. Zamieszanie w korytarzu, ubaw straszny. Ktoś mi zajumał stołek kontrabasowy. Inny Kontrabasista! Wchodzę, w oczach mi się dwoi. Dwie Kontrabasistki. Ale przecież byłam jedyna, byłam tylko ja. A teraz mam się dzielić? Mam sławę i splendor oddawać. Solówki może ma ktoś inny grać?! Mam już nie być pierwszym i jedynym kontrabasem. Już nie będę siedzieć na swoim stołku jak na tronie ponad wszystkimi, bo stołek mi właśnie zarąbano?!


Oczywiście, że jeszcze dorosnę do sytuacji, która mnie teraz przerosła. Jeszcze będę ponad to. Jeszcze wyciągnę z tego dla siebie trochę korzyści (bo jedna z dziewczyn jest naprawdę świetna). Ale dziś jestem zazdrośnikiem, jedynakiem, któremu nagle przyniesiono do domu nowe rodzeństwo. I cały świat się zmienił. Nie ma już monarchii absolutnej. Nie ma już niepodzielnego panowania. 


welcome home guys 2017-09-27

Pamiętacie ten okres w życiu kiedy człowiek miał kilkanaście lat i bardzo chciał gdzieś przynależeć? A  to subkultury punkowej/metalowej (to ja), a to być częścią paczki przyjaciół albo grupy teatralnej. Jakby trzeba było czegoś jeszcze co nas określi i gdzieś przypisze. A nie, że będziemy tak tylko dryfować w nieznaną przyszłość.


(Niby piszę tę notkę, a tak naprawdę słucham Raz, Dwa, Trzy...)


Od dziesięciu lat mam problem (który tak naprawdę, nie jest problemem). Mam kłopot, więc by określić na mapie gdzie dokładnie jest dom. Wiem gdzie był do dziewietnastego roku życia, a później... Później było bardzo dużo miejsc, mieszkań i przeprowadzek. Wyprowadzka z Polski i to okropne pogubienie, że domu nie ma już nigdzie i nigdzie już nie będę przynależeć...


Kilka tygodni temu po powrocie z wakacji, celnik na lotnisku popatrzył w nasze paszporty i powiedział: welcome home, guys. A we mnie zagrała ta struna, dolne D. Słodkie i ciepłe, które nawet gdy już zamilknie to jeszcze wibruje w powietrzu. Więc tu jest mój dom. W tym dziwacznym kraju, w którym wszyscy używaja jednej i tej samej łyżeczki do mieszania herbaty przez cały dzień. Tu jest mój dom.


Dziś rano szefowej nie ma w pracy, przejmuję więc obowiązek odebrania poczty z poczty, bo mam jakby po drodze, a poza tym można się spóźnić. Spóźniam się więc, parkuję w idiotycznym miejscu, bo nie potrafię parkować i lecę przez zatłoczone w dniu targowym miasteczko. Lecę na złamanie karku. Aż ktoś woła moje imię. Cieżko o takie imie w Anglii. Bo to nie jest jakieś pospolite George, czy Lisa. To jest moje imię i ktoś mnie woła. Stoimy na zatłoczonym ryneczku z Ryanem i gadamy, gadamy (a ja się spóźniam i spóźniam) i gadamy. Sto lat się nie widzieliśmy, a znamy się to już chyba z pięćset (podzielić wszystko przez sto) wymieniamy się informacjami. Rozumiecie, nie mogłam przemknąć przez miasteczko niezauważona. Mam tu jakąś przeszłość. Ot się zakotwiczyłam.


Wpadam na pocztę i nie muszę tłumaczyć skąd przyszłam i dla kogo ta poczta. Stoję przy okienku i jestem. I to w zupełności wystarcza. Żadnego okazywania dowodów czegokolwiek. Na gębę, moją polską gębę mi wszystko wydają.


A za tydzień znowu będę tą dziewczyną, która gra na kontrabasie w uniwersyteckiej orkiestrze. Ta jasnowłosa dziewczyna z kontrabasem z jasnego drewna. Ta, no wiesz która.


Jestem w domu. Już nie jestem współczesną nomadą, nie koczuję już gdzieś pomiędzy. Tu są kawałki mnie. Tu są ludzie, którzy mają świadomość mojego istnienia. Z punktu widzenia fizyki kwantowej (kot Schrodingera i takie tam) zanim pojawi się obserwator rejestrujacy zjawisko, zjawisko to istnieje i nieistnieje jednocześnie. Ktoś mnie ostatnio zarejestrował. No to jestem.


 




skutki i skutki uboczne 2017-09-21

Jadę dziś do pracy, ruch puszczany wahadłowo, roboty drogowe. Stoję, czekam na zielone, spóźnię się jak zwykle czy nie spóźnię się i będzie niezwykle. Zawsze do ostatniej sekundy trwa ta rozgrywka, zawsze się los waży o dziewiątej. Na poboczu po drugiej stronie dwie dziesiecioletnie dziewczynki podnoszą z ziemii kasztany. Podnoszą z chodnika, aż póżniej zupełnie nie zwracając uwagi na samochody podnoszą kasztany z tej ruchliwej ulicy. Mam ochotę opuścić szybę w samochodzie i krzyknąć, uważajcie na samochody. W końcu z samochodu przede mną zwraca im uwagę. Spłoszone idą do szkoły. Ale mój Boże, cóż to była za beztroska. Zupełnie jakby wszystko co najgorsze nie mogło im się przytrafić za pięć centymetrów. Chciałabym tak czasem nie bacząc na skutki i skutki uboczne.


Dzwonię do rodziców. Niemal codziennie od dziesieciu lat, od kiedy się wyprowadziłam, dzwonię do rodziców. Opowiadamy sobie. Co na obiad, jak pogoda, a że w Polsce grzyby rosną, a ja zazdroszczę wtedy. A na basenie ścigałam się, w stylu klasycznym, ze stulatkiem. Wygrałam, bo nie wiedział, że to wyścig. A, że w pracy, mam testować oleje silnikowe i nijak nie wiem jak się do tego zabrać. Że muszę do brata, co w branży petrochemicznej siedzi zadzwonić, że może zna kogoś z labu kto się metodyką podzieli. Wtedy mój ojciec do biegu się zrywa. Niebo i ziemię poruszał mi będzie, kontaktów szukał. On mi tu zaraz podzwoni i kogoś wynajdzie. Jak mi się ciepło na sercu zrobiło. Dawno nikt dla mnie nieba i ziemii nie poruszył. Odkryłam, że w mojej branży, informacja bardzo dużo kosztuje. Nie wszystko można znaleźć w internecie, a jeśli można to nie za darmo. A ja nie utkałam za wczasu sieci kontaktów.


Przejmuję się takimi rzeczami i jeszcze kilkoma innymi. A chciałabym jeszcze tak kiedyś nie bacząc na skutki i skutki uboczne.  


Podzielę się z Wami na koniec bardzo uroczą muzyką. 


 


 







koniec lata 2017-09-17

A kij z tymi wszystkimi problamami, z tymi zadaniami wiszącymi nad głową, z tym awansem w pracy i nowymi obowiązkami.


Nie będę o tym wszystkim pisać ani myśleć. Wróciliśmy kilka dni temu z Portugalii. Wsmażyłam sobie skórę na słońcu, którego zawsze panuje niedobór na angielskiej ziemii. Spędziliśmy dwa fantastyczne dni na kajakach na oceanie. Kto by pomyślał, że ze mnie taki wodnosportowy typ. I że jak się pożądnie najem strachu to potrafię tak szybko wiosłować. I że będę się opychać krewetkami wyciągniętymi prosto z morza, przez nieco szurnietego Riccardo, który nam zafundował przygodę życia przez jaskinie i skały, i opuszczone plaże na które można się dostać tylko drogą wodną.


Łaziliśmy po małych wioskach, które są takie same jak małe wioski w Sudetach. Panie w kawiarniach podają kawę w stylonowych fartuszkach z falbanką. Małymi brukowanymi uliczkami w górę i w dół, chodzą koty i dojrzali mężczyźni wysuszeni przez słońce i wiatr. W restauracji wciśniętej między domy mieszkalne serwują homary i ogromne krewety. Właściciel wita nas głosem Toma Waitsa po trzykroć. Jakby ktoś siemię orał i kamienie kruszył. Niesamowite.


U Johnnego Hoopera w saxofonowym klubie jazzowym sponiewierałam się sangią. Odkryłam w sobie głębokie pokłady miłości do sangrii. Musiałam sobie czymś zastąpić kawę, która w Portugalii mi zupełnie nie smakowała.


Ale nie jestem zwierzęciem imprezowym. Jak już trafiliśmy na stare miasto nocą, jak już te tłumy wystąpiły z czeluści hotelowych. Jak alkohol polał się strumieniami. Jak klubowi naganiacze proponowali haszysz i palenie. Jak ktoś zaczął śpiewać bardzo fałszywie to miałam ochotę albo strzelić sobie w łeb, albo zwyczajnie zmienić miejsce pobytu.


Przeczytałam cztery książki, z których tylko jedna nie zasługiwała na przeczytanie (ale nic już więcej do czytania nie zostało, a samolot leciał i leciał). Bogowie Tanga, Wszystko jest Illuminacją i Chórzystki. Chórzystki szczególnie polecam gdyby ktoś miał ochotę na ciepłą, jesienną opowieść o angielskich kobietach podczas II Wojny Światowej.


A w Anglii pada. W Anglii to zawsze pada i nie ma co się dziwić. Pada na moje kwiaty i krzewy w ogrodzie. Na owoce malin, na smutną, szarą wiewiórkę, która po stokroć zakopuje i zapomina o swoich orzechach.


Koty przywitały nas z taką miłością i tęsknotą, jakby ktoś pozbawił ich nie tylko towarzystwa, ale i obdarł ze wszelkiego poczucia bezpieczeństwa. Tej miłości starczyło mniej więcej do wczoraj. Ale i tak miło.


Wiem, wiem, że za płotem, tuż za rogiem świat się wali w posadach. Ale w kuchni studzą się owsiane ciastka ze słonecznikiem i jeszcze można się łudzić na święty spokój i wszystko co najlepsze.


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]