Blog jacqueline
takie tam 2012-01-26

Niedługo zmienię się w wampira i promienie słońca spalą mnie na proch. Mam przymusową, tygodniową odsiadkę przed monitorem komputera i piszę, piszę o tej specjacji, by się wyrobić przed deadline z oddaniem pracy.

Ale nie o tym, notka będzie nie o tym, bo tego mam powyżej uszu.
Obserwuję zjawisko, z którego Martel trochę się śmiał, twierdząc, że moja teoria jest trochę wykrzywiona, trochę wypaczona i w ogóle może wyssana z palca.
I że gotowanie dla kogoś ma bardzo niewielki związek z uczuciami. A moje badania i wnikliwa obserwacja mówią zupełnie coś innego. Za każdym razem gdy wracam do domu (swojego domku na wsi), zostaję zasypana serią pytań, a co byś zjadła, na co masz ochotę itd. I to absolutnie nie jest wynik tego, że studiując przymieram głodem i nie jestem w stanie zrobić sobie czegoś przyjemnego, smacznego i z porcją warzyw. Jest to bardziej: cieszymy się, że przyjeżdżasz i mamy ochotę zrobić coś specjalnie dla Ciebie, coś co bardzo lubisz. Myślałam, że być może, tylko moja rodzina stosuje tak dziwny i niedzisiejszy sposób okazywania uczuć.

Ale nie. Przyjechała do nas matka Aśki z odsieczą, bo córcia ma trudny okres i chce zmienić pracę. I matka wcale nie zaczęła swojej wizyty od poważnych słów i niezbyt przyjemnej rozmowy. O nie! Wpadła do kuchni, poczyniła rozeznanie i zabrała się do gotowania wielkiego gara rosołu i innych różności w ilościach przemysłowych.
To jest jakiś atawizm. Tak sobie myślę. Odżywianie, jedna z podstawowych potrzeb organizmu ludzkiego, a zaraz, niedaleko potrzeba miłości. Albo inaczej… Gdy kocham, to chcę żeby Ci było dobrze. I pewnie to jest jakoś silnie związane z tym „dobrze”.


o jointach 2012-01-20

Nie trzeba długo googlać, by znaleźć, choćby na stronie BBC Science listy najbardziej szkodliwych substancji uzależniających (zaczynając od tych najbardziej szkodliwych)


miejsce 3 barbituranki (ale dają na receptę!)


miejsce 5 alkohol


miejsce 9 tytoń


miejsce 11 marihuana


 Wave, Tyś mnie sprowokowała do tej notki. Odwiodłaś mnie od przykładnego pisania pracy dyplomowej! Twoja culpa, maxima culpa!


To jest właśnie bezmyślność. Dlatego na ludzi mówi się „owce”. Bo powtarzają utarte frazesy bez weryfikacji danych. Takim ludziom można wszystko wmówić. Fajki i alkohol są ok., ale marihuana już jest be. Nie, nie jest. No dalej, googlać bracia i siostry, owce i barany. Co widzimy. Ile osób odeszło z tego świata w wyniku przepicia, ilu gwałciło, zabijało, waliło po mordzie po alkoholu. Jak już tak pomstujecie na cokolwiek to szczerze i z rozmachem. Na wszystko, etanol, nikotyna, benzoesan sodu, kofeina, a w papierosach jeszcze benzen i spółka.  Sto razy sobie przemyślcie spożywanie acatarów na katar z pseudoefedrynką, wszak to  bliziutko stoi przy amfetaminie.


I Wave. W jednym szeregu nie stoi ktoś, kto okrada drugiego z jego własności, z tym kto przypali sobie jointa.  To nie jest to samo. O ile pierwsze jest naganne, drugie nie przynosi nikomu szkody. A bycie karanym z wpisem do akt w tym kraju przekreśla takiego człowieka na minimum dziesięć lat. Nie może wykonywać setki różnych zawodów, bo potrzebuje zaświadczenia o niekaralności. Nie to nie jest dobre prawo. I to nie jest sensowne rozwiązanie. Policja zamiast zająć się prawdziwą przestępczością, ugania się za gówniarzami posiadającymi dwa gramy. Prowadzono badania. Wykrywalność przestępstw z prawdziwego zdarzenia wyraźnie spadła, od czasu nowelizacji ustawy antynarkotykowej. Policja się szczyci tym, że złapała iluś tam posiadaczy dwóch gramów marihuany, podczas gdy ich osiągi na polu wykrywania przestępstw z prawdziwego zdarzenia leży i kwiczy.


Taka są fakty. Teraz mogę rzucić rękawicę, przysłać dwa nagie miecze i wyzwać na ubitą ziemię, bo takie są fakty. 


 







papierosy: 20, jednostki alkoholu: 0 2012-01-20

Mój Kochany Pamiętniczku,
 jeszcze chwileczka, chwilunia i nie wytrzymam, poleje się krew. Przytomnie zaryglowałam się w swym pokoju z herbatką, tytoniem i innymi takimi, bo nie miałam ochoty na nastoletnie wywody o związkach i „dorosłym” życiu. Uczyniłam to z nadzieją dość płonną, że być może uda mi się dopisać coś o arsenie w omułkach, małżach i ostrygach. Ewentualnie zatopić się w lekturze jednej z dwóch książek, które obecnie czytam. ALE NIE BYŁO MI DANE!


Jajko wraca z pracy i nie wie, że pukanie do czyjejś prywatnej komnaty wiąże się z odczekaniem chwilki aż właściciel włości odpowie drżącym z emocji głosem: „proszę”. Ja nie odpowiadam, bo po pierwsze nie słyszę, nikt nie czeka na moje proszę, a poza tym czuję, że mnie się tutaj nie szanuje, tylko włazi. A mogłam przecież zabawiać się właśnie z kim popadnie, opcjonalnie masturbować się wesoło, czy oglądać pornolki na red tubie. Mogłam, bo jestem u siebie. A Jajko mi włazi i zagląda i mówi chodź na fajkę. Odmawiam. Odmawiam tak, że normalne jajko by się zrobiło już na twardo, ale to nie wyczuwa w moim głosie nic, zupełnie nic. Po chwili powraca i mówi: a chodź mi pokaż jak się skręca papierosy, bo ja nie potrafię.


Nie mam cierpliwości, nie mam cierpliwości, nie mam cierpliwości za grosz. Skręcam dwie fajki, bardzo popisowo, po czym oświadczam temu Oligo albo Polilecytalnemu, że ma wynieść śmieci, bo te 5 worków w przedpokoju czeka na nią.


Drogi Pamiętniczku, bo ja nie lubię ludzi. Nie lubię ludzi, którzy nic nie wnoszą poza własną głupotą. Głupota nędznych poglądów mnie męczy. Mówię co wiem, ale zupełnie nie wiem co mówię. I mierzę wszystkich własną miarą, wąziutko jest ale każdy mi przypasuje. Dziecko wrzeszczy wczoraj telefonicznie do swojego o siedem lat starszego Faceta (przez duże F), wrzeszczy tymi słowy: ty się zmień, zmień się dla mnie, zacznij się ubierać normalnie bardziej młodzieżowo, jakieś koszulki, dresy bluzy z kapturem, mógłbyś się odmłodzić o dwa lata!


Tak, tak. Bo ogólnie poza penisem i własnym mieszkaniem nie pasuje mi w tobie wszystko inne. Ale to wszystko inne można zmienić, już ja ciebie przerobię na swój obraz i podobieństwo moja glino łatwo się lepiąca. A później ciebie w piekarniku zapiekę z termo obiegiem, żebyś się zmienił w kamień. Słucham tego i tak sobie właśnie myślę. I niedobrze mi się robi i irytacja we mnie narasta, a jak wzrośnie ponad normę dojdzie do nowego wielkiego wybuchu. Będzie koniec i początek zarazem.


 







ocean głupoty 2012-01-18

Litości! Mam dość zalewającej mnie zewsząd fali głupoty.

Gorzej mi się robi fizycznie i psychicznie kiedy widzę kolejne: kłutnie, kturych, celownik liczby mnogiej wiecznie zakończony na „ą”. Istnieje, uwierzcie mi, istnieje coś takiego jak słownik ortograficzny, istnieje nawet sprawdzanie pisowni w edytorze tekstu. Ale nie. Nie można napisać ciebie tylko jakieś idiotyczne „cb”, jakby publikowanie notek na e-blo, było płatne od literki.

Mam dość rozhisteryzowanych gówniar, których nikt nie rozumie, bo są takie wyjątkowe. I do tego tak strasznie zakochane, w jego niebieskich oczach, mięśniach i głosie. O sobie wiedzą tyle, ile ważą, a o innych z zasady jeszcze mniej. Ale muszą kogoś mieć, z kimś zrobić ten krok pierwszy, drugi, trzeci. Zdobyć doświadczenie, przydatne tylko w jednej branży.

Jak moja urocza czternastoletnia sąsiadeczka, która mimo pełnego makijażu jest tylko wymalowanym dzieckiem, chwaląca się (stojąc pod skrzynką na listy) swojej drugiej równie modnej koleżance, że jakiś facet ma jej nagie zdjęcia, (za doładowanie telefonu otrzymane), ale to tylko cipka, dupa, cycki, więc jej tam NIE MA!

Bez podsumowań dziś, to i tak temat rzeka.


Kukułcze Jajo 2012-01-17

Nie ukończyłam w ramach studiów kursu pedagogicznego. Nie wiem nic o dzieciach. Własnych nie mam w planach, a mi podrzucono do mieszkania cudze jajo kukułcze, osiemnastoletnie.


Jajo jest rozgadaną nadzieją fryzjerstwa i wszystko z tym jajem jest ok, poza jajowatością. Wróciwszy dziś w praktyk nasze J usiadło w kuchni i jadło lody na obiad. I mówiło, mówiło, mówiło… Ja siedziałam, jajko mówiło i zadawało pytania, niekiedy oświadczało z niezbitą pewnością, że kleszcz jest w stanie wypić z człowieka całą krew. Zerkałam wtedy na naszą małą Kukułeczkę podejrzliwie, żeby nie parsknąć drwiącym śmiechem poprawiałam ręczniczki kuchenne by leżały prościutko… I zastanawiałam się, czy młodzież, która współżyje i się zabezpiecza wypada jeszcze jakoś uświadamiać.


A później padło pytanie. Pytanie, gwiazda wieczoru, padało mniej więcej tak: „A powiedz mi, czy mój facet może zjeść sobie kwasa? Bo mnie zapytał, a ja powiedziałam, że zapytam się ciebie, bo ty jesteś chemikiem.” Nigdy tego nie mówię, ale O BOŻE! Nie chcę, nie chcę być pedagogiem, wychowawcą kolonijnym, tym gościem od owieczek. Nie chcę, nie potrafię a Kukułeczka patrzy na mnie i wyczekuje. Siedzi cichutko i słucha. A ja myślę, jakiż to wykład o LSD powinnam pierdolnąć, jeśli w ogóle powinnam. Audytorium posiadam, wyjątkowo milczące. I przysięgam, że to było straszne. Jajo z wykładu zrozumiało jedynie, że kwas się spożywa w formie znaczków („czyli, że zjada się papier?!”), później się ożywiło i pytało o ciasteczka z haszem.


A mi się chciało głową w mur. Bo coś się jakby wepchało w dorosłe życie, chociaż zupełnie jeszcze nie dorosło. I znowu mam frustracje zamiast wyciszenia przed snem.







14,01,2012 2012-01-14

Moja radość życia bierze się z uników. Nie oglądam wiadomości, nie czytuję ponurych książek, nie słucham o końcu świata zaplanowanym na dzień ten lub inny, nie oglądam horrorów, nie wiem ilu żołnierzy zginęło ostatnio w Iraku i gdzie znowu zaczną się bić o ropę i nuklearnie zbroić.


Praktykuję taki model już od dawna, zwykle chroni mnie skutecznie. I teraz tak nagle, siedząc na twardym stołku w kuchni uświadomiłam sobie, że moja beztroska dobiega końca. Poważna porcja lęku wlała się we mnie, wniknęła przez wszystkie dostępne naczynia włosowate. Co będzie kiedy w końcu dostanę już ten swój papier z uczelni, który będzie w Anglii znaczył tyle co nic? Co będzie kiedy okaże się, że złe informacje zaczynają mnie dotyczyć? A w takich wypadkach już nie można spojrzeć w drugą stronę. I stracę swoje przyjemne życie studenta, ze stałym zleceniem przelewu od rodziców, niezależnie od tego czy posiadam jakąś pracę czy nie.


Jak po grudzie przebiega dziś moje pozytywne myślenie połączone z zakrzywianiem rzeczywistości na własną korzyść. Zdarzały się w moim życiu cudowne wydarzenia, więc dlaczego dziś nagle zaczęłam myśleć, że limit na nie nagle się wyczerpał, że teraz trzeba będzie WSZYSTKO wydzierać pazurami i zdobywać z szalonym wysiłkiem. Mnie nie zadowala już zupełnie to co przeciętne, to co ktoś może uznać za znośne. Nie zniosłabym sytuacji, w której moja druga praca w Anglii byłaby podobna do tej pierwszej. Mnie nie zadowoli życie na które składa się praca, która nie daje nic poza pieniędzmi, a po której zostaje czas tylko na to by się trochę wyspać. Zaczynam myśleć, że mam bardzo opóźniony start. Ja powolutku się zbieram, kiedy cała reszta jest już gdzieś na zakręcie. Frustrujące mam myślenie dziś. Aż wypada już skończyć…


 







o pierwszym poruszycielu 2012-01-13

Powinnam swoje zacięcie w kierunku napisania notki przełożyć na pisanie drugiego rozdziału mojej pracy. Ale myślami ciągle jestem w nocnej rozmowie z Martelem. Strasznie dużo fajnych spostrzeżeń wczoraj padło i chciałabym je jakoś utrwalić.


Było o Pierwszym Poruszycielu. O tym, co było przed wielkim wybuchem, o tym co wymyślił sobie Arystoteles. Jako chemik wiem, że istnieją reakcje, wymagające użycia inicjatora, ale są też takie, które przebiegają  samorzutnie, wszystko to kwestia entropii. Tak i można to nazwać pierwszym dowodem na nieistnienie Boga jako stworzyciela, bo zastąpiła go samorzutność reakcji.


Tylko tak się robi nagle w pusto w tym życiu. Coś by wypadało wcisnąć w teczkę opisaną jako „duchowość”, odbębnić niedzielną mszę świętą, przyjąć księdza po kolędzie, wyspowiadać się może, jakąś zdrowaśkę odmówić i już. Nie krzyczcie za głośno, to jest tylko moje zdanie i możecie mi cisnąc odmiennym w komentarzu. Ale odnoszę wrażenie, że dla ludzi praktykujących jakąś tam religię kwestie duchowości załatwia za nich kościół właśnie. Myślą, że skoro byli w niedzielę i może pierwszy piątek nawet, odklepali co tam było zadane, to nic więcej nie trzeba.


Szczerze. Nie lubię katolickiego Boga. Nie lubię za modlitwy do kawałeczka chleba z mąki i wody, za wielogodzinne adoracje, które są ukierunkowane na jakieś bóstwo a nie na drugiego człowieka. Za ingerencję w życie, sumienie swoich wyznawców. Za mówienie, masturbacja to grzech, od tyłu to jak zwierzę, przed ślubem to na obrazę boską. Za umniejszanie roli jaką odgrywa człowiek, a stawianie na piedestale jakiejś dziwacznej z założenia Trójcy Świętej.


Czynić dobrze, bo to słuszne, bo dzięki temu ty i ludzie wokół ciebie czują się lepiej. Czy czynić dobrze by nie rozgniewać Boga, by nie zgrzeszyć przeciw Bogu… Zachowywać się dobrze, z wewnętrznej potrzeby czy z lęku przed sądem ostatecznym… 


na co tyle miejsc, w których Ciebie nie ma 2012-01-09

Cóż to za walka, jak Achilles z Hektorem, jak Dawid z Golitem, jak Lenox Lewis z Vitalijem Klitschko. Stoję w hali odlotów i staram się bardzo mocno nie ryczeć. Ale przegrywam nieodmiennie. Ryczę przy okazji kontroli bezpieczeństwa, bo już taka ze mnie wariatka. Pan do mnie czy mam pasek w spodniach a ja w ryk, czy mam jakieś płyny w torebce niezapakowane właściwie, jasne że mam, zawsze mam i beczę dalej. Pan się zlitował, miły angielski pan i mi przepakowuje wszystkie lakiery do paznokci i tusze do rzęs, których nieodmiennie nie używam, ale wożę po kobiecemu, do foliowej torebeczki, bo jak sam wyznał, została mu jeszcze jedna, więc mi ją sprezentuje. A ja ryczę dalej. Pan mnie spakował nawet fachowo już po wszystkim i zajął się resztą pasażerów, która była psychicznie zrównoważona. 

Jak jest ci dobrze, to nie chcesz wracać, to proste. Jak jest wam dobrze, ze sobą, to wszystkie gierki damsko męskie tak bardzo spopularyzowane, typu postaw-na-swoim i moje-na-wierzchu są zbędne. 

Nie musiałam robić planów na nowy rok. Nie musiałam stwierdzić, że chcę zmian. Zmiany są nieuniknione. Tuż przed wyjazdem na studia czułam, że od tamtej chwili wszystko w moim życiu się zmieni. Teraz, już pod koniec, wracając obładowana do mieszkania po podróży myślę sobie, że może ostatni raz tak wracam. Już nie będzie wnoszenia ciężkiej torby na trzecie piętro. Za jakiś czas będzie pakowanie mojego dotychczasowego bydgoskiego życia i zacznie się zupełnie coś innego. To dobrze, bo jest we mnie dużo miejsca na nowe doświadczenia i cholernie dużo ciekawości. A zanim ten czas nadejdzie jeszcze tylko malutki wysiłek. Jeszcze jakieś 50 stron tekstu i obrona. Jak to wszystko można łatwo streścić. Tak streszczone wydaje się zupełnie możliwe do realizacji. A ja lubię czuć, że sobie poradzę.


 


 







dobry czas 2012-01-04

Teraz nastąpi opis kilku sytuacji, które grzeją mnie od środka wypełniając przyjemnym ciepłem.


Wieczór wigilijny, w domu dziadka Stasia i babci Weroniki, opowiadaczem jest Stanisław. O tym jak to było w czasie wojny, jak to się wcielił w szeregi armii rosyjskiej, by później przytomnie zmieniając ubranie i wyrzucając wszystkie dokumenty bardzo szybko się z niej „wycielić”. O tym jak to miał narzeczoną bawarską, najmłodszą córkę gospodarza, która pod kubraczkiem specjalnie dla niegno przynosiła najśliczniejsze gruszki i bakalie. O tym jak wszyscy myśleli, że on sierota, bez ojca i matki zotstanie po prostu z nimi, już nie jako robotnik a członek rodziny. A on nie został.


Gdyby został, to kto wie, czy ja...


 na koszmarnym kacu, samolotem o 10:25 przyleciałabym do Anglii. Rzeczą, która uśmiadamia mi, że nie pomyliłam lotu i niezaprzeczalnie znajduję się tuż nad lotniskiem, we właściwym miejscu, są pasące się na łąkach owce. Niektórym Anglia pewnie kojarzy się z Sherlockiem Holmesem, piwem Ale i deszczową pogodą. Dla mnie to owce i koniki w ubrankach.


Siedzimy popijając piwo u Anny z Cleves, na stole pełno drobnych monet, bo uczę Martela grać w pokera. Podchodzi do nas pan barman. I bynajmniej nie chce nam uświadomić, że gry tego typu (i do tego na drobniaki) są w tym miejscy niemile widziane. Nic z tych rzeczy... Zaczyna nam pokazywać sztuczki karciane i abyśmy czasem nie wyszli zdezorientowani pokazuje nam krok po kroku jak zrobić to samo samodzielnie w domu.


Jedziemy do Cambridge, bardzo rannym pociągiem. Z nieba trochę kapie. Czytam na głos książkę Musierowicz, by zaszczepić w Martelu miłość do literatury dziewczyńskiej. Nie jest szczególnie podatny. Wysiadamy z pociągu a ja zapewniam, że jestem fantastyczna w chodzeniu po obcych miastach z mapą, z tym jednak, że nie mamy mapy. A miasto zachwyca, swoim imponującym Kings College, bardzo gotyckimi kościołami i uliczkami, w których aż by się chciało dokonać sfingowanego morderstwa i napisac o tym książkę. Łazimy, ja zazdroszczę nieco, tym urodzonym pod inną szerokością geograficzną, co mogą uczyć się w tak fantastycznym miejscu. I wcale im się nie dziwię, że tyłki noszą wysoko i czują się elitą. W muzeum Fitzwilliama dotykam wszystkiego co nie jest odrgodzone szybą, ewentualnie przyklejam nos do szyby i się wgapiam w zmumifikowanego kota (nawet uszka mu zrobili z tkaniny). A później żądam impresjonistów, chcę Moneta, Sisleya, Renoira i wszystkich dostaję. I przysięgam robi mi to cudownie!


Z wydarzeń robiących mi niezaprzeczalnie cudownie, poza miłością (ależ to oczywiste!) jest SMS głoszący, że ostatni egzamin na studiach zaliczyłam na 4


Dobrze robi mi też fakt, że moja matka akceptuje niewiarę i przestała się ciskać, ojciec akceptuje plany życiowe, niezależnie od tego co mi strzeli do głowy. Strzelało nie raz, ale zawsze było fajnie. Nawet wtedy gdy znalazłam się w nocy na dworcu w Bolesławcu i nie bardzo miałam jak wrócic do domu. Wracałam z Holandii, choć rodzicom uparcie mówiłam, że to Bieszczady były. Pięć lat temu.


Mam niezaprzeczalnie fajne życie. Z opowieściami, które można mnożyć i których z biegiem czasu przybywa. I nie ma w nim miejsca na puste przebiegi. I choć jestem wyjątkowo w nastroju do przybliżania tych opowiastek (np. jak to w pewną zimową noc po pracy wracałam limuzyną do domu), to jednak już zakończę. Swój zapał przełożę na pisanie pracy dyplomowej.


 






  


kiedy jest właściwa pora by zacząć 2012-01-03

Będzie o poszukiwaczach, mogą szukać wiary, miłości, nieśmiertelnosci, sławy, poklasku, stówy na ulicy.


Problemem w tych poszukiwaniach są słowa, górnolotne, wyegzaltowane i dopieszczone, które niemal nigdy nie tworzą planu, a jedynie zlepek pragnień i marzeń z górnej półki. Tak są wymuskane, wypolerowane i wypięknione, że zupełnie już przestaje być wiadome jak to ugryźć i z której strony się do tego zabrać.


Wszystkie nasze pragnienia, dążenia mogą zacząc realizować się w tej dokładnie chwili. Na spełnienie nie składa się gadanie a dążenie, cała seria kroków i kroczków. A kiedy, jeśli nie tu i teraz jest najlepszy moment na początek. Lepszy czas może już nigdy nie nadejść.


Nasze położenie zaczyna się zmieniać, od zmiany sposobu myślenia. Instytucja dyżurnego wyciągacza z opresji/depresji, ma to do siebie, że w którymś momencie stanowisko może zostać puste. A wtedy najprostrze kierunki zaczynają się mylić. Traktowanie swojego partnera jak pogotowia antyproblemowego to samolubstwo w czystej postaci. Myślenie: co możesz zrobić dla mnie, co jesteś w stanie dla mnie poświęcić, ile z twojej wolności mogę odciąć dla siebie albo co możesz mi dać. To szkaradne ale za to jak powszechne!  


Uważam i to może trochę zbyt odważnie, że za niepowodzenia, stresy, złe sytuacje, w których tkwimy i to uważamy, że tkwimy zbyt długo odpowiadamy my sami a nie zły los. Nieudany związek to nie wynikt tego, że nasi starzy umówili się z kimś przed naszymi narodzinami, że będziemy z tym a nie innym pryszczatym Karolkiem. To nasz wybór. Trwanie w sytuacji, która nam nie odpowiada to również nasz wybór. A mówienie już na koniec, że zmarnowało się z tym czy innym cztery lata... Po niewczasie przychodzi to skąpstwo.  


To brak świadomości powagi sytuacji. Nie tylko szalenie ważny egzamin, walentynki, sylwester, święta, urodziny i odzyskanie niepodległości. To, w jaki sposób patrzymy na różne chwile nadaje im prawdziwą wagę i sens.


Z ogromną zachłannością podchodzimy do spraw związanych z posiadaniem. A to, mam wrażenie, niczego nie uczy, do niczego nie prowadzi, poza jeszcze większym głodem.


Przeczytałam kiedyś taki dialog w jakiejś książce:


„- Piszę powieść z elementami grozy i szaleństwa.


- Czy będzie miała szczęściwe zakończenie?


- Tego nie wiem, ale ja będę szczęśliwy.”


Wszystko co możesz zrobić ze swoim życiem musi się dokonywać tu i teraz. Tylko chwila obecna przedstawia sobą prawdziwą wartość. Cała reszta to słowa, słowa, słowa, które nijak nie będą chciały się zrealizować.   







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]