jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
I wydało plon 2018-02-15

Ogladam czasami domy na sprzedaż, takie na które mnie nie stać. Chociaż ciągle jestem w parze, to kupować będę w pojedynkę, bo na starość, której mogę nie dożyć, muszę osłaniać sama swoje plecy.


Oglądam domy w stylu cottage, które są dziwaczne i malutkie, kosztują dużo za dużo i można w nich zmieścić jedną osobę, kontrabas i kota.


Jestem samotna. Mieszkam w domu z dwoma osobami, które wiążą więzy krwi. A mnie już nic chyba z nikim nie łączy. I też nie mam ochoty zawiązywać nowych nici. Chyba przepadło. Boli mnie jak o tym myślę, bo nie wyprało mnie ze wszelkich uczuć. Ale już nie pytam co słychać, bo dostaję tylko połowę prawdy.


Siedzę w pracy i mi się nie śpieszy do wyjścia. Coraz bardziej mi się nie śpieszy. A zawsze pędziłam na złamanie karku o siedemnastej. Dziś się ociągam. Coraz bardziej się ociągam z wyjściem do miejsca, w który mieszkam. To nie jest już mój dom. Wiosna mnie nie ekscytuje. Przebiśniegi ekscytują mnie po drodze, ale nie w moim/nie moim ogrodzie. Nie planuję gdzie posadzę ogórki w tym roku, a gdzie marchewkę.  


Dziecko odbiera swoje mieszkanie za czternaście dni. Czekam na cud. Jak zamkną się za nią drzwi a życie wróci w miejsce, w którym było na początku grudnia. Nie powinnam być aż tak głupia, żeby w to wierzyć. Słowa, przez dwa miesiące, nie były rzucane na wiatr. Padały na żyzną glebę. I wydają plon.


 


na zakrecie 2018-02-01

Komentarz pod moją ostatnią notką zamknął mnie na niemal miesiąc. Było mi trochę przykro i coś mnie uwierało. Droga Anko z komentarza, finalnie masz absolutnie prawo do własnych opinii i poglądów. Tyle, że mi już to wisi.


Nie wiem czy mój związek już się skończył, czy tli się jeszcze. Mam na palcu przepiękny pierścionek, zupełnie bez znaczenia.  


Nie jestem skałą na której można się oprzeć. Jak coś się pieprzy, a się pieprzy, to mam ochotę brać nogi za pas. Jeszcze nie uciekłam, bo nie mam siły się ruszyć. Choruję. Nie gram na kontrabasie bo to czynność intymna, od dwóch tygodni nie chodzę do pracy. Moje ciało manifestuje to co dzieje się w środku.


Zupełnie się nie odnalazłam w roli złej macochy. Mieszkamy, jak w mieszkaniu studenckim, w którym ustaliliśmy reguły po to aby każdy miał je teraz w dupie. Jacq posprząta, Jacq zrobi obiad, Jacq wyniesie śmieci. Dziecko miało trudne dzieciństwo. No ja to mam teraz trudny okres dorastania.


równanie z gwiazdką 2018-01-07

Daj mi coś prostego o Losie Słodki. A nie tylko równiania z gwiazdką.


Nie chcę dorosnąć do swych lat. Nie chcę wypełnić tych butów, które czekają na mnie w korytarzu od lat. Dziecko zamieszkało i spoko. Nazywam je Rupert, nie zważając na płeć i fakt, że ma już imię. Nazwałam je Rupert, bo zawsze powtarzałam, że jeśli przez przypadek zrobię sobie dziecko, to tak właśnie będę je nazywać.


Dziecko zamieszkało i teraz chce odzyskać, swojego kota, żeby ten kot domowy zamieszkał z nami. Włosy mi posiwiały. Dziecka głównie w domu nie ma, a ja nie będę klawiszem w więziniu dla kotów. Tupnęłam nogą; powiedziałam coś w stylu, że nie mogę być jeszcze za coś odpowiedzialna, wszystko co miałam do oddania już oddałam. Nie mam więcej. Dziecko będzie więc sobie wchodziło w dorosłość na własną kieszeń. A nie musiało, mogło zostawić kota tam gdzie mu dobrze i do końca życia jeść gofry, które czasami robię. (ta sprawa jest tak jakby sto razy bardziej złożona)


Nienawidzę bycia rodzicem, którym nigdy nie zostałam, a teraz to co powiem ma wpływ na kogoś. Odpowiedzialność, to nie jest coś co mam ochotę brać na swoje barki.


A było fajnie. Zataszczyłam swoje ciało po schodach do pokoju muzycznego.  Zasiadłam przy kontrabasie i przegrałam te wszystkie utwory, które niezważając na okoliczności wyciskają mi na twarzy uśmiech. A później chwyciłam za saksofon. Nie mówiłam Wam, bo zostałam rodzicem, ale mam saksofon altowy, zupełnie czaderski. Jak już człowiek załapie, jak w to się dmie, to można sobie odstawić w salonie bycie artystą z wyżyn artstycznych nawet nie znając nut. Już dwóch sąsiadów wystawiło swoje domy na sprzedaż, więc możecie sobie wyobrazić jak jest zajebiście.


Ale życiowo nie wiem co mam robić, chowam się za zasłoną dymną z dymu papierosowego, z muzyką na uszach najczarniejszą i najbardziej depresyjną. Przerąbane. Ciekawe czy jak dziecko jest własnosciowe, to człowiek wie co robić?


 


Zwała na maksa! 2018-01-02

Zwała na maksa (jak to mawiają młodzi ludzie, do których już się nie zaliczam). Podobno na mojej głowie, przed trzydziestką pojawił się siwy włos. Nie wiem, nie widziałam dokładnie, nie znam się.


Ponieważ macierzyństwo mnie przerosło, to zrobiłam sobie z niego spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Młoda mieszka z nami. Jasiek uważa, że jestem świetnym wzorcem osobowym dla jego córki, że ze mnie tylko czerpać przykład i w ogóle na piedestale mnie stawiać. Że super, świetnie i jestem zajebista.


Przez pierwsze dni wyłam z powodu życiowego zakrętu. Teraz się koszmarnie z tego nabijam, humorem czarnym jak smoła. Nie mam ambicji, żeby wchodzić w rolę matki, złej macochy (chociaż?) ani kogokolwiek kogo warto naśladować.


Ostatni dzień wolności przed powrotem do pracy zabijam z książką na kanapie. Dziecko leży na drugiej i coś czyta. Podobno wcześniej drukowane jej szkodziło. A teraz siedzi cicho, nie gadamy, nie spoufalamy się. Zwała na maksa.


Zjada wszystko ze smakiem (mój Boże ileż ta młodzież pożera) i mówi, że u niej w domu to zawsze tylko mrożonki i wszytsko ze słoików. Że mama nigdy nie gotowała. A mi to serce z kamienia trochę mięknie. Trochę ludzkich uczuć się we mnie pojawia. I mówię: to posprzątaj po obiedzie.


Wczoraj poznałam mojego przyszłego zięcia (kumacie absurd tej sytuacji). Stanął w przejściu więc mówię do niego, że sorry. A on mi na to palnął zanim pomyślał: jesteś w swoim domu kochanieńka. A później się przeraził, a ja wymiękłam za ścianą i nie mogłam wspiąć się na wyżyny erudycji, bo mi słów zabrakło. Zwała na maksa, mówię Wam! 


 


kiedy życie zmienia tor 2017-12-16

Życie rozpędziło się do nieopisanej prędkości a później roztrzaskało się z hukiem na zaknęcie. Przez ostatnie dni, zrobiłam rzeczy z których mogę być dumna. Zrobiłam rzeczy prawe i dobre. Ale mój Boże. Korzystając z odrobiny prywatności wyję w głos. I Wy obcy ludzie po drugiej stronie ekranu, zostajecie tego świadkami. Później pozbieram swoje kawałki w całość. Mam nadzieję.


Żeby nakreślić sytuację, powiem, że istniały pewne przesłanki aby twierdzić, że zostanę poproszona o rękę w najbliższym czasie. Istniały przesłanki by twierdzić, że moje pragnienie przynależności i wspólnoty dojdzie do skutku. Moje romantyczne marzenie rodem z powieści Jane Austen zostanie spełnione. Boże jaka ja byłam szczęśliwa. Jak snułam domysły, czy i kiedy to się stanie. Byłam taka szczęśliwa.


A później, kilka telefonów, nerwowoych spotkań. Czyjeś złamane życie. I telefon Jaśka do mnie, że przywozi swoja córkę do nas do domu. Powiedziałam, to co powinnam powiedzieć. Ok, to szybko przebiorę pościel w pokoju gościnnym.


Nigdy nie chciałam mieć dziecka. Żeby ten niedobry świat nigdy go nie złamał. A w moim domu stanęła, niby osiemnastoletnia, ale skrzywdzona i złamana przez własną matkę dziewczynka. Nie będę opisywać tutaj tej historii, ekran tego nie wchłonie, a poza tym to nie moja prywatność żeby o niej opowiadać. Życie się zmieniło.


Moja mama powiedziała do mnie: masz teraz córkę.


Nigdy nie chciałam mieć dzieci. A pod moim dachem zamieszkało tak strasznie skrzywdzone. I jakkolwiek jej ogromnie współczuję i pragnę pomóc. To mam w sobie całą masę własnych uczuć, które schodzą ze mnie litrami łez. Co teraz będzie, z nią, z nami, ze mną. Jestem przerażona przyszłością, na którą nie mam zbyt wielkiego wpływu. Boję się tak bardzo, że mam ochotę uciec. Chociaż nie mam dokąd uciekać.


Zachowałam się tak jak powinnam i powiedziałam, i zrobiłam wszystkie właściwe rzeczy. Ale kosztowało mnie to tak strasznie dużo. Kosztowało mnie to wiecej niż miałam. I jestem złamana, chociaż cała sytuacja trafiła we mnie jedynie rykoszetem. Jestem złamana i potrafietylko wyć w głos. Ale później się pozbieram i zrobię wszystko co powinnam zrobić. Powiem wszytskie właściwe rzeczy. Podziękuję moim rodzicom za dzieciństwo i wychowanie, którego wiele osób nigdy nie miało. Dorosłość dosięgła mnie. Choć nie musiałam o tej pory brać odpowiedzialnosci za nic więcej niż rachunki. Dorosłość mnie dosięgła. Nie to dla siebie zaplanowałam. Nie to. 


teeny tiny temper 2017-11-23

Mam krótki lont. Zapalam się szybko i niewiele mi trzeba.


Gdybym była chłopcem to nosiłabym się w ortalionie i wystawałabym w bramach. A każdemu kto by się krzywo spojrzał od razu waliłabym prosto w mordę. I jeszcze skroiłabym kasę i telefon.


Mam nadzieję, że żaden ze znanych ludzkości bogów nie stworzył mnie na swój obraz i podobieństwo. Bo ludzkość miałaby przesrane. (No i w sumie to ma).


Od kiedy znalazłam swój język (angielski) ciężko mi się zamknąć. Jestem gawędziarzem. Opowiadam w pracy historie, np. taką o opuszczonych szybach w samochodzie. Historię bez precedensu, bo o tym jak krytyka stylu jazdy dotarła do uszu odbiorcy i o tym jaką usłyszał odpowiedź. Gadam i gadam. Lubię gadać i sobie pogadać. Do ludzi, których znam już od lat. Lubię sobie pożartować, czasami własnym kosztem i z ludzmi których znam od lat.


Ale. To z ludźmi których znam od lat. Moim kosztem nikt obcy bawił się nie będzie.


Mamy nową studentkę na praktykach rocznych. Studentkę, która grała ze mną w orkiestrze i to ode mnie dowiedziała się o pracy. Pierwsze skrzypce, parszywe Pierwsze Skrzypce. Pierwsze Skrzypce w pracy mają problem z lojalnością. Przy Pierwszych Skrzypcach nie wolno przypadkiem powiedzieć czegoś złego o szefowej, bo bardzo szybko trafi to do jej uszu. Pierwsze Skrzypce są idealne w obecności szefowej. Ale potrafią spóźnić się do pracy 25 minut i nawet nie powiedzieć sorry.  Pierwsze Skrzypce jest straszną wazeliniarą, ale wchodzi w tyłek tylko najwyższemu rangą. A druga po Bogu to jestem ja. A nie jakieś tam Pierwsze Skrzypce.


Kiedy Pierwsze Skrzypce ma problem albo coś popsuje, przychodzi do mnie, żeby nie wypaść źle w oczach szefowej. A ja, wbrew temu co do tej pory zostało o mnie powiedziane, jednak zawsze byłam pomocna. Do dzisiaj jak mniemam.


Bo Pierwsze Skrzypce wtrąca się do rozmów dorosłych. Wtrąca się do moich prywatnych rozmów z szefową i robi to tak, żebym wyszła na idiotkę. Zawsze rzuci jakimś małym, uszczypliwym komentarzem w moją stronę. Do dzisiaj było bez ofiar. A dziś wypuściłam ZŁE. Dziś powiedziałam: spierdalaj, idź zajmij się czymś zwiazanym z pracą. Jak nie masz co robić, to ja mam bardzo dużo zajęć dla ciebie. Spierdalaj, spierdalaj, spierdalaj.


Nieprofesjonalnie. A później stałam przy tym wielkim piekarniku do suszenia próbek, tym w kształcie postawionej pionowo, dwuosobowej trumny i obracałam w dłoniach zlewkę z próbką Pierwszych Skrzypieć. I przez cudowne sekundy byłam gotowa rozbić ją w drobny mak. Że niby tak przypadkiem. Ale tego nie zrobiłam.


Mam parszywy charakter. Ale muzykę na koniec zostawiam Wam dziś najpiekniejszą na świecie. 







z dziada pradziada 2017-11-20

Mądrość ludowa głosi, aby nie brać życia zbyt na serio, bo i tak nie wyjdziesz z niego żywy. Dlatego zmieniam temat notki i opowiem Wam o moim dziadku Stasiu nieobecnym w cielesnej postaci już od ponad dwóch lat.


Dziadek Staś miał stary radziecki rower i szufladę pełną śrubokrętów i kabli. I namiętnie kupował na targu, od naszych wschodnich sąsiadów, ruskie radioodbiorniki. W kwestii spędzania wolnego czasu u dziadków, jakkolwiek babcine obiady były niezwykle nęcące, to ta szuflada ze śrubkami i gniazdkami od kontaktów biła na głowę wszystko. Ciekawe co jest teraz w tej pierwszej od prawej szufladzie, skoro dziadka już nie ma?


Wpatrywałam się w spracowane ręce Stasia, w ręce jego ojca i w dłonie ojców. W plataninie kabli wszechświat się zamknął i skurczył. Brodę opierałam na ręcach i gapiłam się. A kiedy już gapiłam się tak wystarczająco długo, wtedy słowo stawało się ciałem, dostawałam własny śrubokręt (ale nigdy lutownicę!). I mogłam rozkładać na czynniki pierwsze ten element bez nazwy, ten podzespół ten.


Ciekawe czy w niebie dziadek skręca i rozkręca ruskie radia? Czy energia, w którą się zmienił to energia fal radiowych? A jeśli tylko w proch się obrócił, to czy ten proch stanie się kiedyś elementem układu scalonego? Czy jakaś cząteczna na bilion wróci w obieg jako drucik platynowy?


A może dziadek nigdy nigdzie się nie wybrał, zmienił tylko formę na nieco bardziej rozproszoną. Stał dziś przy mnie jak mokłam na deszczu przy tej butli z helem gdybając intensywnie, gdzie ten wyciek. A jak hel cieknie to finansowa tragedia. I wykyć to, to niełatwo. I załamać się można. A ja do serwisowania instrumentów laboratoryjnych się nie nadaję, mi trzęsą się ręce i drży moje istnienie. Nie nadaję się od kiedy dorosłam, bo za dziecka to byłam pierwsza, wiadomo. Przez tymi wszystkimi kuzynami co się pchali do kabli.


I dziś byłam znowu tym dzieciakiem z poobdzieranymi kolankami i włosami obcietymi „na chłopaka”. Zatamowałam wyciek helu, zgrabnie i z gracją. Wylądowałam takim mocnym telemarkiem. Chromatogramy popłynęły z ekranu idealnymi pikami. A ja podchodziłam do każdego w laboratorium i przechwalałam się, że taka jestem pro i zajebista. Z dziada pradziada.  


 


 


problemy z duszą 2017-11-09

Jestem ponura jak gradowa chmura. Ale nie dzisiaj. Jechałam do pracy, do której spóźniłam się trzy godziny, a twarz mi rozciągał uśmiech od ucha do ucha.


Już wszystko wyjaśniam. Zamieniajcie się w słuch.


Kontrabas mój nie domagał. Okazało się, że dusza z niego wyrosła. Że dusza w nim już nie tkwi tylko przesuwa się nieco na zachód, czy tam wschód. Dla niewtajemniczonych, dusza to kawałek drewnianego kołka, który tkwi między przodem i tyłem kontrabasu pod strunami D i G (mniej więcej). Zadzwoniłam do polecanego lutnika Clivea i umówiliśmy się na dzisiaj. Pojechałam, trochę z własną duszą na ramieniu. Pojechałam, zaparkowałam, wysiadłam i wstąpiłam w inny wymiar. Przysięgam, że w pracowni lutniczej czas się zatrzymał. Przez dwie godziny gadaliśmy tylko o kontrabasach. Co będziemy robić, duszę nową w kontrabas wkładać (nie uważacie, że to bardzo magiczne tchnąć w coś nową duszę?), most będziemy piłować i to już zupełnie fanaberie moje, ale zakochałam się w czarnym włosiu do smyczka i będę zmieniać, bo na miłość nie ma lekarstwa. Gadaliśmy i gadaliśmy, na stołach i półkach leżały skrzypce i wiolączele. Smyczki warte więcej niż moje wszystkie organy sprzedane na czarnym rynku, razem wzięte. Wielkie, okratowane, brudne okna. Piszę o tych oknach, bo wszystko tak było jak z obrazka, chociaż nikt tego designu nie zaprojektował. I stała tam harfa, gdyby nie wielki napis, nie dotykać to bym ją tak...


A później Clive zaczął wypełniać papiery, pismem tak starannym i tak dokładnie jakby czas przestał uciekać przez palce, jakby przestała się liczyć każda seksunda, którą trzeba wyrwać z paszczy codziennego umierania.


A jeszcze później powiedział i to językiem, który tylko człowiek zakochany potrafi zrozumieć


- To jest on, czy ona?


- On.


- A jak ma na imię?


- Howard.


A po kilku godzinach, kiedy stałam nad wielkim piekarnikiem w pracy, z którego wyciągałam wysuszone próbki, zadzwonił mój telefon. Howard może wracać do domu. Mam nadzieję, że go polubisz.


Wpadam do domu, w korytarzu gubię buty. Taki inny jesteś jakiś. Obniżone struny, ta G to już w ogóle kosmos. Moje mięśnie nie znają jeszcze twoich nowych sekretów. Ale brzmisz jak jeszcze nigdy nie brzmiałeś. Sączysz się przez uchylone okna, do domów sąsiadów. Gramy Dziadka do Orzechów Czajkowskiego. Wszystko w nas się śmieje. Gwiazdka przyszła wcześniej w tym roku. 


karma górą 2017-10-29

Wiecie jak to jest jak czasami, kiedy cała ta zła karma co ją sobie nagrabiliście nagle się kumuluje i trafia w was z ogromną siłą. Odnoszę wrażenie, że właśnie trafiłam kumulację.


Pomijając już zawirowania w pracy i fakt czekania na powrót szefowej przez tydzień, wyszło mi z zimnej kalkulacji, że mnie nie stać, żeby jutro pracę rzucić. Z nerów nad brakiem innych rozwiązań zaczęłam zaciskać zęby. Nieświadomie i do bólu. I bolą mnie zęby albo głowa, albo mam migrenę od trzech dni. Sama już nie wiem.


Na kanwie gównianych wydarzeń odkryłam, że mój kontrabas wymaga interwencji lutniczej. Mój samochód wymaga interwencji mechanika, a mój wzrok wymaga nowych okularów.


Miałam dziś rano polecieć balonem, ale nie poleciałam ze względu na silny wiatr. Z racji zmiany planów, wcześnie rano, zrobiłam sobie kawę i zaplanowałam zaszyć się pod kocem z laptopem. Laptop od czasu utraty gwarancji zaczął mi się psuć i dziś finalnie się zepsuł. Moje ranne plany szlag trafił po raz drugi. Miałam ochotę rozwalić to, to na podwórku siekierą. Ale nawet nie mam cholernej siekiery. A mogłam sobie ulżyć!


Niby przyciągnęłam ze sklepu nowy laptop, ładny ma kolor, ale nie poprawił mojego samopoczucia ani stanu finansowego.


Los jedynie nie zadrwił sobie z jednej rzeczy, którą zrobiłam całkiem spontanicznie. W piątek odkryłam, że zespół Hey gra w sobotę wieczorem koncert w klubie studenckim w Nottingham. Kupiłam po bilecie dla mnie i Jaśka i pojechaliśmy.


Moje nastolactwo(?) i bunt przypada na wielką popularność Nosowskiej. Ostatnio widziałam ją na 12 godzin przed moją maturą z polskiego, ponad dziesięć lat temu. I niby stępiły mi się zęby trochę, ale mało brakowało a pobiegłabym pod scenę i zaczęła śpiewać na całe gardło. A tak podrygiwałam tylko jak ryba wyjęta z wody i podśpiewywałam pod nosem. Bardzo udany koncert. Przyjemna odmiana od siedzonych koncertów jazzowych, na które chadzam jak na prawdziwego hipseta przystało. I zaznajomiłam Jaśka z jedną z legend polskiej muzyki rockowej. I przysięgam, podobało mu sie!  Kupiłam sobie ostatni album CDN z największymi przebojami w nowych aranżacjach i będę słuchać w drodze do pracy. Może mnie to wyciszy i nie walnę jutro drzwiami zaraz po tym jak w tych drzwiach się pojawię.


Teraz czuję jak w życiu moim życiu istnieją tylko dwie opcje. Wrócić do czytania przezabawnej książki przygodach ciotki Poldi, która sprowadziła się Sycylię, bo chciała się zapić na śmierć patrząc na morze. Albo wyszukać w kuchni największy nóż i zabrać się za masakrę haloweenowej dynii. Nigdy nie zrobiłam dyni na Halloween. A czuję, że to jest na mojej liscie rzeczy, które chcę zrobić przed śmiercią. To idę, masakrować dynię. Pozdro.







 


rozumem nie ogarniesz 2017-10-26

Brakuje mi przyjaciela od kiedy Mała wyjechała na studia. Takiego, z którym przy kubku kawy, kradnąc dupogodziny, które powinny być spędzone na robocie szeptałyśmy sobie sekrety. Mała umiała słuchać i w każdym szukała czegoś dobrego. W jej oczach byłam mądra, dobra i miła. I pewnie taka się stawałam. A teraz jestem sobą. I daleko mi do tego wszystkiego.


Brakuje mi mądrości dojrzałych kobiet, które nie stały się podłymi macochami węszącymi podstęp. Ja węszę. Ja nie widzę zbyt wiele dobra w drugim człowieku. Ktoś mi ukradł ostatnio moje młode kury nad którymi sprawowałam opiekę po godzinach. Ktoś mi zarąbał moje małe kurki, bo takie były trochę ładniejsze od zwykłych. Przyszedł, otworzył sobie bramę i mi zabrał. A później wrócił i zabrał jeszcze tą jedną którą zostawił poporzednio. Człowiek, nie lis. Lis nie wybiera i zostawia ślady. Lis nie połasi się na ładne pióra, a człowiek już tak.


Nie wierzę w człowieka. Bolesna jest to niewiara. Ale też nie staje się cud. Nic mi tej wiary nie przywraca.


Dlatego kiedy dorosła już córka mojego Jaśka pisze do niego tylko w chwilach, kiedy ma drogie oczekiwania finansowe, to muszę się bardzo, bardzo gryźć w język. Bo jej się należy samochód, bo kamera, bo laptop z najwyższej półki. Spoko, swoim dzieciom trzeba pomagać. Ale dziecko, które odnajduje wspólny język z ojcem tylko w chwilach kiedy potrzebuje pieniędzy, nie zyskuje mojej sympatii. Ale trudny to temat. Bo w innych okolicznościach miałabym całe mnóstwo do powiedzenia, a teraz nie bardzo mogę. Dzieci są na wieczność. Nawet te złe i niewdzięczne. Nawet te wyrachowane. I czasami (co mnie przeraża) ludzie we własnych dzieciach nie dostrzegają tego co złe. I Jasiek nie widzi tej zależności, ocieplania i oziębiania stosunków w zależności od sytuacji finansowej.


Chciałabym (a może wcale nie) czasami być ślepa i głucha na to co widzę w innych ludziach. A ja się burzę i staję okoniem. Jak się naśmiewają z mojego Irlandzkiego klienta, Marka, który jąka się przeokrutnie. To nie udziela mi się świetny humor. Tylko walę pięścią w biurko i mówię, że to okropne i obrzydliwe. I jeszcze trochę a komuś przywalę.


Nie jestem stroną bierną. Nie potrafię się zamnąć przy tak wielu okazjach. A powinnam. Dorośli wiedzą kiedy się zamknąć. A ja wiem, że powinnam. Ale nie potrafię. Zżera mnie od środka ciekawość, co będzie jak się postawię. I stawiam się. Coraz częściej, coraz głupiej. Pilnuj własnego nosa. Nie potrafię. Świat mnie wkurwia. Zło wokół mnie, to małe, codzienne, głupie i podłe. Nie chcę stawać się częścią tego czego się brzydzę. Nie chcę udawać, że nic nie widzę. Choć wiem, że pewnego dnia sobie nagrabię.


Pewnego dnia nie ugryzę się w język i powiem Jaśkowi co widzę w jego jedynym, wyidealizowanym dziecku. A może nie. Może miłość do dziecka ma być taka. Ma idealizować. I nie potrzebuje osób trzecich z ich osądami, nieważne sprawiedliwymi czy nie.


Nie wiem. Głupia jestem i nie wiem. Chciałabym znać kogoś, kto nie jest głupi i zasięgnąć porady.


Może z miłością do nieidealnych dzieci jest jak z moim uwielbieniem do kotów. Niby trudno to, to kochać. Bo zamiast wzajemności dostaje się ochłap albo zdechłą mysz. Ale miłość to miłość. Rozumiem nie ogarniesz. 







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]