jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
kto mi dziś uwarzy strawę? 2018-06-16

Wierzę w mechanikę kwantową. Wierzę, że jeśli w układzie nie ma obserwatora to układ istnieje w supozycji stanów dozwolonych.


Czym skorupka za młodu. A ja nasiąknęłam. Po szkole było albo w lewo albo w prawo. Częściej w prawo, bo babcia z miłością i cierpliwością strawę warzyła. Po pięciu minutach siedzenia na stołeczku, tłuszczyk kapał mi po bródce z pierogowej okrasy. I gadałam z pełną buzią, no my nigdy nie byliśmy tacy ą i ę. Gadam i gadam, nawijam historie i opowieści o życiu dziesięciolatka. Kto z kim i dlaczego, kto dostał szmatę. Kto do kąta poszedł za karę. Rysuję grubymi kreskami to co mi się w moim młodym życiu przydażyło. Jestem. Widzisz mnie, więc jestem. Słuchasz mnie, więc jestem. Masz dla mnie czas, więc jestem.


Od czasu wielkiej emigracji, prywatnej Wiosny Ludów, znikam. Nikt mnie nie odbiera i nie rejestruje. Nie mam komu opowiedzieć historii, bo nikogo ona nie interesuje. I tylko dzisiaj mszczę się na ludzkości i okolicznych sąsiadach. Otwieram okno w pokoju na górze i zawodzę na saksofonie. Życie mnie boli dzisiaj, słuchajcie więc. Wszystkie tematy które gram są ckliwe i proste do bólu. Łażę w kółko po pokoju i dmę w ustnik na całą pojemność płuc jaka mi jeszcze, w płucach palacza, została. Niech wam bębenki w uszach pękną, bo mi serce pęka. A jak robi mi się słabo z niedotlenienia to schodzę na dół, otwieram drzwi na patio i biorę się za kontrabas. Nie spodziewałam się, że potrafię grać taki jazz. Do odcisków na opuszkach palców. Kiedy ostatnio tak grałam, nie pamiętam. Ale dziś potrafię. A później wynajduję ostatnią, zapomnianą butelkę wina w lodówce. Otwiera się niebo. I zaczyna padać, pierwszy ulewny deszcz od kilku tygodni.


 


Dzień trzeci 2018-03-05

Dzień trzeci.


Praktyka samotności.


Napuszczam wody do wanny. Do połowy. Gaszę światło w łazience, otwieram drzwi na korytarz, żeby wpadało trochę światła. Włączam muzykę, przynoszę sobie lampkę białego wina. Lampę w zasadzie. Prawie pół butelki. Woda jest tak gorąca, że parzę sobie newralgiczne punkty mojej kobiecości. Słucham Korteza (no kto by pomyślał) i kiedy w Ćmie Barowej dochodzi do słów:


Za czyste sumienie, dziś do dna 
do dna, do dna
Za światło i za cienie też, do dna 
do dna, do dna
By było jak dawniej znów, choć raz 
aż do dna, do dna.


Łzy mieszają się z wodą. Chciałabym, żeby było jak dawniej, ale już nigdy nie będzie. Muszę się znieczulić, żeby przetrawić codzienność. Nie dziwię się Jasiek, że wszytko dedykujesz teraz swojej córce. Ona będzie zawsze twoim dzieckiem. A dla mnie zrobiło się za ciasno i duszno, dlatego oswajam samotność. Trzebaby zupełnego zaćmienia zmysłów, żeby nie zobaczyć co święci się od trzech miesięcy.


I spoko (choć wcale nie spoko, bo wypiłam całe białe wino jakie znajdowało się w domu). Gadałam z szefową. Jak można zrobić tak, żeby moje jednoosobowe dochody zapewniły mi kredyt hipoteczny na grubo ponad sto tysięcy funtów. Bo znalazłam mój potencjalny dom. Na który mnie nie stać, w stylu cottage. Jednoosobowy. Na wiosce.  Dom, w którym mogłabym oswoiwszy już demony samotności, być szczęśliwa. Bo teraz, topię się w wannie godzinami i chociaż  wypływam na powierzchnię to i tak ciągle brak mi oddechu.


Nowe życie obejmuje wyprzedaż całego stanu posiadania poza smyszkiem, kontrabasem, kotem i nerkami. Wszystko inne mam na sprzedaż. Pora mi uciekać.


dzień pierwszy 2018-03-03

Może cały ambaras w tym, że kiedy długo, długo gapię się w szklaną kulę to widzę przyszłość. I jak bohaterka książek, w których się zaczytuję wyprowadzam się na głęboką wieś w Bieszczadach, na Mazurach i w okolicach Złotego Stoku.


Jeżdżę na rowerze – holenderce z plecionym koszykiem z przodu, z którego mi wystaje kolejno: butla białego wina, seler naciowy, bagietka, na dnie polegują sobie soczyste czerwone pomidory i sterczy bazylia w doniczce (nawet w tak śmiałych marzeniach bazylia nie rośnie mi na parapecie. Moja historia z hodowaniem bazylii nigdy nie kończy się dobrze, nawet w wizjach, nawet w szklanej kuli). Jadę rowerem i wiatr rozwiewa mi włosy, trochę już przyprószone siwizną, które układają się w zgrabne fale. Już nie walczę z nimi prostownicą. Mam siwe falujące włosy, starzeję się z godnością. Nie wiem ile mam lat w tej wizji, pewnie tyle ile trzeba, kiedy patrzy się na siebie z przyszłosci.


Noszę głowę wysoko. Patrzę przed siebie. Z lekko zadatrą brodą bez śladu drugiego podbródka. Nie jestem piękna w tej wizji, bo przyszłosć nie może aż tak różnić się od teraźniejszości. Ale emanuje ze mnie siła i pewność siebie. Ludzie pewni siebie są interesujący conajmniej. Skądś ta pewność musi wypływać, wnętrze musi coś w sobie skrywać, żeby emanować przez skórę, szczególnie jeśli powierzchowność jest taka sobie.


Kiedy byłam małą dziewczynką patrzyłam na zakochane pary podróżujące pociągami z plecakami na stelażach. Ona drzemie z głową opartą na jego kolanach. Ot moja wizja szczęścia z dzieciństwa.


A teraz jadę sama na rowerze, gdzieś w zapyziałej wiosce na koncu świata. W koszyku mam produkty na sos do makaronu dla jednej osoby. Przypadek? Nie sądzę.  


let it snow, let it snow, let it snow 2018-03-01

Śnieg zasypał Anglię. Rano wyszłam na rekonesans do głównej drogi. Biało. Mróz szczypał w policzki a życie osobiste ciągle się nie układało. Obdzwaniam koleżanki z pracy. Rozmyślam o tym jak bardzo zaprzyjaźniłam się z Lizzy. Z Lizzy która ani nie potrafiła mnie zdzierżyć przez dobre trzy lata, ani ja jej. A teraz dzwonimy do siebie z rańca i mówimy: ale jazda! I chwalimy się sobie jakież to zapasy mleka i chleba udało nam się wyrwać w naszych lokalnych sklepach pod hinduską banderą.


Mam ochotę wyskoczyć na śnieg i ulepić bałwana. Albo zrobić orła na śniegu. W duszy jestem polskim dzieciakiem, który zjeżdza na sankach ze stromej górki i ślizga się na zamarzniętym jeziorze. A nie rozmemłanym dorosłym, którego dopada niemoc.


Ciekawe czy wszystkie moje wiosenne kwiaty właśnie trafił szlag. Żonkile były całe gotowe żeby buchnąć słonecznym kolorem, kiedy przysypał je śnieg i dopadł mróz. Moje ukochane krokusy Pickwicki już wychyliły swoje głowki, a teraz zniknęły pod białym puchem. Już nie mówiąc o tych miniaturowych, czerwonozółtych tulipanach, które zaczynają kwitnąć zawsze w połowie lutego. Nie ma. I mikroirysy. Moje pierwsze kwitnące irysy... Teraz ich nawet nie widać. Kocham ten mój ogród, bo tylko mój. Wydarty tawie i chwaściorom.


Myślę nad odśnieżeniem stolu ogrodowego i wyszukaniem w spiżarni ziaren pełnych tłuszczu i dobroci. Angielskie ptactwo też musi być zszokowane warunkami pogodowymi.


Jeszcze tylko posłucham trochę Leonarda Cohena. Mój Boże jak ten facet pieścił każdy dźwięk. Nie wiem kto był jego producentem, ale współczesne gwiazdy muzyki popularnej powinny odbywać obligatoryjne studium Cohena zanim pozwoli im się dotknać mikrofonu i miksera.


I wydało plon 2018-02-15

Ogladam czasami domy na sprzedaż, takie na które mnie nie stać. Chociaż ciągle jestem w parze, to kupować będę w pojedynkę, bo na starość, której mogę nie dożyć, muszę osłaniać sama swoje plecy.


Oglądam domy w stylu cottage, które są dziwaczne i malutkie, kosztują dużo za dużo i można w nich zmieścić jedną osobę, kontrabas i kota.


Jestem samotna. Mieszkam w domu z dwoma osobami, które wiążą więzy krwi. A mnie już nic chyba z nikim nie łączy. I też nie mam ochoty zawiązywać nowych nici. Chyba przepadło. Boli mnie jak o tym myślę, bo nie wyprało mnie ze wszelkich uczuć. Ale już nie pytam co słychać, bo dostaję tylko połowę prawdy.


Siedzę w pracy i mi się nie śpieszy do wyjścia. Coraz bardziej mi się nie śpieszy. A zawsze pędziłam na złamanie karku o siedemnastej. Dziś się ociągam. Coraz bardziej się ociągam z wyjściem do miejsca, w który mieszkam. To nie jest już mój dom. Wiosna mnie nie ekscytuje. Przebiśniegi ekscytują mnie po drodze, ale nie w moim/nie moim ogrodzie. Nie planuję gdzie posadzę ogórki w tym roku, a gdzie marchewkę.  


Dziecko odbiera swoje mieszkanie za czternaście dni. Czekam na cud. Jak zamkną się za nią drzwi a życie wróci w miejsce, w którym było na początku grudnia. Nie powinnam być aż tak głupia, żeby w to wierzyć. Słowa, przez dwa miesiące, nie były rzucane na wiatr. Padały na żyzną glebę. I wydają plon.


 


na zakrecie 2018-02-01

Komentarz pod moją ostatnią notką zamknął mnie na niemal miesiąc. Było mi trochę przykro i coś mnie uwierało. Droga Anko z komentarza, finalnie masz absolutnie prawo do własnych opinii i poglądów. Tyle, że mi już to wisi.


Nie wiem czy mój związek już się skończył, czy tli się jeszcze. Mam na palcu przepiękny pierścionek, zupełnie bez znaczenia.  


Nie jestem skałą na której można się oprzeć. Jak coś się pieprzy, a się pieprzy, to mam ochotę brać nogi za pas. Jeszcze nie uciekłam, bo nie mam siły się ruszyć. Choruję. Nie gram na kontrabasie bo to czynność intymna, od dwóch tygodni nie chodzę do pracy. Moje ciało manifestuje to co dzieje się w środku.


Zupełnie się nie odnalazłam w roli złej macochy. Mieszkamy, jak w mieszkaniu studenckim, w którym ustaliliśmy reguły po to aby każdy miał je teraz w dupie. Jacq posprząta, Jacq zrobi obiad, Jacq wyniesie śmieci. Dziecko miało trudne dzieciństwo. No ja to mam teraz trudny okres dorastania.


równanie z gwiazdką 2018-01-07

Daj mi coś prostego o Losie Słodki. A nie tylko równiania z gwiazdką.


Nie chcę dorosnąć do swych lat. Nie chcę wypełnić tych butów, które czekają na mnie w korytarzu od lat. Dziecko zamieszkało i spoko. Nazywam je Rupert, nie zważając na płeć i fakt, że ma już imię. Nazwałam je Rupert, bo zawsze powtarzałam, że jeśli przez przypadek zrobię sobie dziecko, to tak właśnie będę je nazywać.


Dziecko zamieszkało i teraz chce odzyskać, swojego kota, żeby ten kot domowy zamieszkał z nami. Włosy mi posiwiały. Dziecka głównie w domu nie ma, a ja nie będę klawiszem w więziniu dla kotów. Tupnęłam nogą; powiedziałam coś w stylu, że nie mogę być jeszcze za coś odpowiedzialna, wszystko co miałam do oddania już oddałam. Nie mam więcej. Dziecko będzie więc sobie wchodziło w dorosłość na własną kieszeń. A nie musiało, mogło zostawić kota tam gdzie mu dobrze i do końca życia jeść gofry, które czasami robię. (ta sprawa jest tak jakby sto razy bardziej złożona)


Nienawidzę bycia rodzicem, którym nigdy nie zostałam, a teraz to co powiem ma wpływ na kogoś. Odpowiedzialność, to nie jest coś co mam ochotę brać na swoje barki.


A było fajnie. Zataszczyłam swoje ciało po schodach do pokoju muzycznego.  Zasiadłam przy kontrabasie i przegrałam te wszystkie utwory, które niezważając na okoliczności wyciskają mi na twarzy uśmiech. A później chwyciłam za saksofon. Nie mówiłam Wam, bo zostałam rodzicem, ale mam saksofon altowy, zupełnie czaderski. Jak już człowiek załapie, jak w to się dmie, to można sobie odstawić w salonie bycie artystą z wyżyn artstycznych nawet nie znając nut. Już dwóch sąsiadów wystawiło swoje domy na sprzedaż, więc możecie sobie wyobrazić jak jest zajebiście.


Ale życiowo nie wiem co mam robić, chowam się za zasłoną dymną z dymu papierosowego, z muzyką na uszach najczarniejszą i najbardziej depresyjną. Przerąbane. Ciekawe czy jak dziecko jest własnosciowe, to człowiek wie co robić?


 


Zwała na maksa! 2018-01-02

Zwała na maksa (jak to mawiają młodzi ludzie, do których już się nie zaliczam). Podobno na mojej głowie, przed trzydziestką pojawił się siwy włos. Nie wiem, nie widziałam dokładnie, nie znam się.


Ponieważ macierzyństwo mnie przerosło, to zrobiłam sobie z niego spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Młoda mieszka z nami. Jasiek uważa, że jestem świetnym wzorcem osobowym dla jego córki, że ze mnie tylko czerpać przykład i w ogóle na piedestale mnie stawiać. Że super, świetnie i jestem zajebista.


Przez pierwsze dni wyłam z powodu życiowego zakrętu. Teraz się koszmarnie z tego nabijam, humorem czarnym jak smoła. Nie mam ambicji, żeby wchodzić w rolę matki, złej macochy (chociaż?) ani kogokolwiek kogo warto naśladować.


Ostatni dzień wolności przed powrotem do pracy zabijam z książką na kanapie. Dziecko leży na drugiej i coś czyta. Podobno wcześniej drukowane jej szkodziło. A teraz siedzi cicho, nie gadamy, nie spoufalamy się. Zwała na maksa.


Zjada wszystko ze smakiem (mój Boże ileż ta młodzież pożera) i mówi, że u niej w domu to zawsze tylko mrożonki i wszytsko ze słoików. Że mama nigdy nie gotowała. A mi to serce z kamienia trochę mięknie. Trochę ludzkich uczuć się we mnie pojawia. I mówię: to posprzątaj po obiedzie.


Wczoraj poznałam mojego przyszłego zięcia (kumacie absurd tej sytuacji). Stanął w przejściu więc mówię do niego, że sorry. A on mi na to palnął zanim pomyślał: jesteś w swoim domu kochanieńka. A później się przeraził, a ja wymiękłam za ścianą i nie mogłam wspiąć się na wyżyny erudycji, bo mi słów zabrakło. Zwała na maksa, mówię Wam! 


 


kiedy życie zmienia tor 2017-12-16

Życie rozpędziło się do nieopisanej prędkości a później roztrzaskało się z hukiem na zaknęcie. Przez ostatnie dni, zrobiłam rzeczy z których mogę być dumna. Zrobiłam rzeczy prawe i dobre. Ale mój Boże. Korzystając z odrobiny prywatności wyję w głos. I Wy obcy ludzie po drugiej stronie ekranu, zostajecie tego świadkami. Później pozbieram swoje kawałki w całość. Mam nadzieję.


Żeby nakreślić sytuację, powiem, że istniały pewne przesłanki aby twierdzić, że zostanę poproszona o rękę w najbliższym czasie. Istniały przesłanki by twierdzić, że moje pragnienie przynależności i wspólnoty dojdzie do skutku. Moje romantyczne marzenie rodem z powieści Jane Austen zostanie spełnione. Boże jaka ja byłam szczęśliwa. Jak snułam domysły, czy i kiedy to się stanie. Byłam taka szczęśliwa.


A później, kilka telefonów, nerwowoych spotkań. Czyjeś złamane życie. I telefon Jaśka do mnie, że przywozi swoja córkę do nas do domu. Powiedziałam, to co powinnam powiedzieć. Ok, to szybko przebiorę pościel w pokoju gościnnym.


Nigdy nie chciałam mieć dziecka. Żeby ten niedobry świat nigdy go nie złamał. A w moim domu stanęła, niby osiemnastoletnia, ale skrzywdzona i złamana przez własną matkę dziewczynka. Nie będę opisywać tutaj tej historii, ekran tego nie wchłonie, a poza tym to nie moja prywatność żeby o niej opowiadać. Życie się zmieniło.


Moja mama powiedziała do mnie: masz teraz córkę.


Nigdy nie chciałam mieć dzieci. A pod moim dachem zamieszkało tak strasznie skrzywdzone. I jakkolwiek jej ogromnie współczuję i pragnę pomóc. To mam w sobie całą masę własnych uczuć, które schodzą ze mnie litrami łez. Co teraz będzie, z nią, z nami, ze mną. Jestem przerażona przyszłością, na którą nie mam zbyt wielkiego wpływu. Boję się tak bardzo, że mam ochotę uciec. Chociaż nie mam dokąd uciekać.


Zachowałam się tak jak powinnam i powiedziałam, i zrobiłam wszystkie właściwe rzeczy. Ale kosztowało mnie to tak strasznie dużo. Kosztowało mnie to wiecej niż miałam. I jestem złamana, chociaż cała sytuacja trafiła we mnie jedynie rykoszetem. Jestem złamana i potrafietylko wyć w głos. Ale później się pozbieram i zrobię wszystko co powinnam zrobić. Powiem wszytskie właściwe rzeczy. Podziękuję moim rodzicom za dzieciństwo i wychowanie, którego wiele osób nigdy nie miało. Dorosłość dosięgła mnie. Choć nie musiałam o tej pory brać odpowiedzialnosci za nic więcej niż rachunki. Dorosłość mnie dosięgła. Nie to dla siebie zaplanowałam. Nie to. 


teeny tiny temper 2017-11-23

Mam krótki lont. Zapalam się szybko i niewiele mi trzeba.


Gdybym była chłopcem to nosiłabym się w ortalionie i wystawałabym w bramach. A każdemu kto by się krzywo spojrzał od razu waliłabym prosto w mordę. I jeszcze skroiłabym kasę i telefon.


Mam nadzieję, że żaden ze znanych ludzkości bogów nie stworzył mnie na swój obraz i podobieństwo. Bo ludzkość miałaby przesrane. (No i w sumie to ma).


Od kiedy znalazłam swój język (angielski) ciężko mi się zamknąć. Jestem gawędziarzem. Opowiadam w pracy historie, np. taką o opuszczonych szybach w samochodzie. Historię bez precedensu, bo o tym jak krytyka stylu jazdy dotarła do uszu odbiorcy i o tym jaką usłyszał odpowiedź. Gadam i gadam. Lubię gadać i sobie pogadać. Do ludzi, których znam już od lat. Lubię sobie pożartować, czasami własnym kosztem i z ludzmi których znam od lat.


Ale. To z ludźmi których znam od lat. Moim kosztem nikt obcy bawił się nie będzie.


Mamy nową studentkę na praktykach rocznych. Studentkę, która grała ze mną w orkiestrze i to ode mnie dowiedziała się o pracy. Pierwsze skrzypce, parszywe Pierwsze Skrzypce. Pierwsze Skrzypce w pracy mają problem z lojalnością. Przy Pierwszych Skrzypcach nie wolno przypadkiem powiedzieć czegoś złego o szefowej, bo bardzo szybko trafi to do jej uszu. Pierwsze Skrzypce są idealne w obecności szefowej. Ale potrafią spóźnić się do pracy 25 minut i nawet nie powiedzieć sorry.  Pierwsze Skrzypce jest straszną wazeliniarą, ale wchodzi w tyłek tylko najwyższemu rangą. A druga po Bogu to jestem ja. A nie jakieś tam Pierwsze Skrzypce.


Kiedy Pierwsze Skrzypce ma problem albo coś popsuje, przychodzi do mnie, żeby nie wypaść źle w oczach szefowej. A ja, wbrew temu co do tej pory zostało o mnie powiedziane, jednak zawsze byłam pomocna. Do dzisiaj jak mniemam.


Bo Pierwsze Skrzypce wtrąca się do rozmów dorosłych. Wtrąca się do moich prywatnych rozmów z szefową i robi to tak, żebym wyszła na idiotkę. Zawsze rzuci jakimś małym, uszczypliwym komentarzem w moją stronę. Do dzisiaj było bez ofiar. A dziś wypuściłam ZŁE. Dziś powiedziałam: spierdalaj, idź zajmij się czymś zwiazanym z pracą. Jak nie masz co robić, to ja mam bardzo dużo zajęć dla ciebie. Spierdalaj, spierdalaj, spierdalaj.


Nieprofesjonalnie. A później stałam przy tym wielkim piekarniku do suszenia próbek, tym w kształcie postawionej pionowo, dwuosobowej trumny i obracałam w dłoniach zlewkę z próbką Pierwszych Skrzypieć. I przez cudowne sekundy byłam gotowa rozbić ją w drobny mak. Że niby tak przypadkiem. Ale tego nie zrobiłam.


Mam parszywy charakter. Ale muzykę na koniec zostawiam Wam dziś najpiekniejszą na świecie. 







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]