jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
Ignorancja jest błogosławieństwem 2017-02-10

Pojechaliśmy wczoraj do Londynu zobaczyć Avishai Cohena z orkiestrą. To bardzo smutne kiedy ktoś kogo nazywałam Bogiem Kontrabasu, okazuje się być tylko człowiekiem. To nie był nawet koncert który mnie rozczarował. To był koncert, który mnie bardzo głęboko zasmucił.


Porzuciłam swoją wsiową wyspę na obrzeżach Nottingham i wyruszyliśmy. Umyłam nawet samochód na tę okazję z wiejskiego błota. Spakowałam przybory do makijażu, które leżały nietknięte od świąt, wyczyściłam buty, wpakowałam w walizkę sukienkę. Bo to miało być muzyczne święto.


Gdybym jedynie wybrała się na koncert orkiestry, spoko. Oczekiwania są inne. Orkiestra nie ma w sobie tego elementu zaskoczenia, orkiestra bardzo ściśle podlega pewnym regułom. W orkiestrze muzyka nie oddycha. Ale istnieją świetne melodie napisane na orkiestrę, przez fantastycznych kompozytorów. I na koncercie orkiestry też można dostać tych rozkosznych dreszczy zachwytu wzdłuż kręgosłupa, po które pojechałam do Londynu.


Trio Avishai widziałam już kiedyś. I zakochałam się w perkusiście, Danielu Dorze. A wczoraj nie bylo Daniela. Nie było tez Nitai na fortepianie.


Koncert był od początku źle poprowadzony. Dwa pierwsze numery były rozpisane na orkiestrę, li i jedynie. Uważam, że początek koncertu jazzowego powinien rozgrzać publiczność. Nakierunkować gdzie są i po co. No więc orkiestra zagrała. Później wyszedł Avishai z trio i czymś tam jeszcze donudził. Już mi było za mało tej dużej lampki wina com ją nabyła przed kwadransem.  Myślę sobie, do przerwy dam radę. Pół godziny później trio schodzi ze sceny. Oklaski, owacje na stojąco. Wychodzą na bis. Jak tam siedziałam tak drobne przestały mi się zgadzać. Koncert za który zapłaciłam całkiem sporo ciężko zarobionych funtów skończył się po nieco ponad godzinie. Kpina.


Jazzu nie da się pogodzić z orkiestrą. Chyba, że jest się geniuszem. Avishai nie jest. Jazzowe trio rządzi się zupełnie inną dynamiką. To organizm, w którym jedno reaguje na drugie. Orkiestra reaguje na dyrygenta, ale zupełnie nie ma w niej marginesu na wolność. Nie można mieć dwóch tak bardzo różnych tworów na jednej scenie, bo to nie wyjdzie. I w tym przypadku nie wyszło. Chociaż owacje na stojąco były. A ja kuliłam się w swoim fotelu, powtarzając cichutko pod nosem: ja pierdole, ja pierdole... Bolało mnie w środku, że czekałam pół roku na wielkie uniesienie, aż mnie z butów wyrwie z zachwytu. I nie wyrwało. Nie ruszyło mnie. Znacie ten moment na koncercie jazzowym kiedy muzycy zaczynają grać coś zupełnie od czapy a później nie wiadomo jak i skąd wracają do głównego tematu utworu? Ten moment kiedy widownia szaleje, ten moment w którym dzieje się magia. Tego nie było, dyrygent daje znać jeden takt przed, smyczki idą w górę, smutna tuba z końca sceny wraca do rąk właściciela. Nie mam dreszczy zachwytu. Jest mi smutno.


Stoimi w deszczu w Londynie. Jest mi tak wszystko jedno, że mozemy iść na piechotę do Soho, do Ronniego Scota. Ale jeszcze sprawdzam w internecie, wszystkie bilety wyprzedane. Nie będę miała żadnej uczty dla zmysłów tej nocy. Lądujemy w smutnym hotelowym barze, podstarzały gawędziarz erotoman zagaduje brzydką barmankę. Muszę się dopić. Kolesie z wyjazdu służbowego rechoczą w drugim końcu sali. Że też mężczyźni zgromadzeni w jednym miejscu zawsze przejawiają ten sam idiotyczny zestaw zachowań. Patrzę w grzybowe oczy Iana i mówię: wiesz, boję się. Boję się, że mnie już nic w życiu nie zachwyci. A ja potrzebuję uniesień. Nie może być jak to kiedyś ktoś powiedział, że z uniesień pozostało mi uniesieni brwi, a ze wzruszeń wzruszenie ramion. Ja muszę raz na jakiś czas wpaść w zachwyt. Bo inaczej to przecież tylko szarość i szarość. Ja bardzo lubię szare ubrania i szare samochody. Ale nie szare życie.


Może gdybym nie wiedziała zupełnie nic o muzyce odebrałabym ten koncert zupełnie inaczej. Ale przecież słyszę, że perkusista gra zupełnie inny rytm niż orkiestra. Mówią, że ignorancja jest błogosławieństwem. I mają rację, niestety. 


w życiu najbardziej sobie cenię święty spokój 2017-02-03

W życiu dotykają nas tylko te rzeczy, którym na to pozwalamy. Wiem, bo jeszcze jakiś czas temu byłam na wojnie z całym światem. I wygrażałam tymi swoimi śmiesznymi pięściami, że ja to wszystkim tak bardzo pokażę. Czy pokazałam, nie wydaje mi się. Ale podejrzwam wrzody żołądka i obserwuję ucisk w klatce piersiowej.


Teraz po prostu jestem. I skupiam się no najwyżej na czubku własnego nosa. Doceniam moje życie takim jakie jest i takim je przyjmuję. Tam gdzie mogę coś dla siebie uszczknąć i ugrać, będę próbować. Zawsze może się udać, a jak się nie uda to trudno.


Ale chyba mężczyźni mojego życia, w ciągu ostatnich 24 godzin się na mnie uwzięli. Obchodziliśmy wczoraj z Jaśkiem naszą trzecią rocznicę. Wszystko fajnie, moje ulubione kwiaty, Jaśka ulubiona kolacja. Mój Ojciec w telefonie mówiący: a pierścionek dostałaś? Ja chyba muszę Janowi w tłumacza wpisać co o tym myślę.


Serio tato? Serio? Drugi raz w ciągu miesiąca będziesz mi szpilę wbijał tam gdzie mnie boli? Będziesz? Bez odbioru Tato, bo co ci będę tłumaczyć skoro jeszcze nigdy nie słuchałeś. Przebolałam moją stratę. Nigdy nie będę żoną Jaśka. Rynek co prawda jest otwarty i mogę wznowić poszukiwania, gdyby mi w życiu jedynie o bryczkę i białą sukienkę chodziło. Gydby mi tylko chodziło o pierścionek na palcu, to już dawno wróciłabym na rynek singli.


Ale ja już sobie odpowiedziałam kiedyś na to pytanie, co się dla mnie liczy. I Jasiek się dla mnie liczy. Jeśli przysięganie sobie w urzędzie dla niego nic nie znaczy (bo jakoś kiedyś dla jego rodziców nic nie znaczyło). To ja się będę stawać okoniem. Stawiać ultimatum. Ja nie będę nikogo o nic prosić. Skończyłam moją walkę na tym froncie. Nie zawsze muszę dostać to czego chcę. Tak naprawdę to pierwszy raz w życiu nie dostałam tego czego chciałam. I pogodziłam się z tym.


Wróciłam dziś z pracy z bardzo precyzyjnym planem na życie. Posprzątać dom, pograć na kontrabasie, zgdnić na sofie (w tej dokładnie kolejności). Ale Jasiek zaplanował poważną rozmowę o przebudowie a następnie sprzedaży domu. Temat przewałkowany już milion razy, który, jak uznałam, zupełnie mnie nie dotyczy. To nie jest mój dom. My nic nie mamy wspólnego. Nawet kotów mamy po jednym na głowę. I kiedyś się o to ciskałam. Kiedyś chciałam wszystko wspólne. A teraz, ponieważ przegrałam i jestem realistką nie urządzam już kuchni i nie wybieram kolorów na ścianach. Nie zrozumcie mnie źle. Mieszkam tu, perfekcyjnie zadomowiona. Tu jest mój dom w tej chwili, tu płacę rachunki i tutaj wracam codziennie. Tu rosną moje kwiaty w ogrodzie. Ale nie mam z tym miejscem szczególnej więzi. Gdyby kiedyś coś poszło nie tak między nami lub gdyby Ianowi (odpukać) coś się stało. W trybie pilnym muszę zadbać o swój własny interes. Dlatego wielkie plany, kredyty hipoteczne, popyt i podaż w ogólne mnie nie interesują. To nie moja sprawa. A w piątek po pracy, kiedy mam precyzyjny plan na życie w postaci porządków i kontrabasu, nie chce mi się rozmawiać o przebudowie domu. Nigdy nie będziemy w tym samym miejscu. Ian jest właścicielem tego domu, a ja nie mam nic. Nie zapracowaliśmy na nic wspólnie. Dlatego każde z nas pracuje na siebie. Nie mamy wspólnego celu, ja nie widzę wspólnego celu, bo nie ma między nami żadnych zobowiązań. A życie mnie nauczyło, że jest zmienne. I nie można dla drugiego człowieka wejść do rzeki, po szyję. Trzeba coś zostawić dla siebie na drugim brzegu. I tak zostawiłam mój słodki wynajęty domek w Melton, żeby zamieszkać z Jaśkiem. Ale nie mogę wykrzesać z siebie entuzjazmu w kierunku abstrakcyjnego przebudowania domu, który ma przynieść niesamowite korzyści finansowe. Korzyści finansowe, to nie jest mój cel w życiu. Ja nie muszę zabezpieczać dzieci na przyszłość, ja nie muszę strasznie się wysilać żeby coś w tym życiu posiadać. Nie bardzo mi zależy. Chcę być tylko trochę szczęśliwa i żeby nikt nie kazał mi się wypowiadać na tematy, które mnie nie dotyczą. Bo w piątek, po całym tygodniu pracy i grania mam tylko ochotę odwalić całą masę obowiązków i zgnić na kanapie. I mieć święty spokój. Bez wbijania mi szpilek w miejsca które mnie bolą i wpychania mnie w rejony życia które mnie nie interesują.


Bardzo przepraszam, za tą przydługą notkę. Tak tylko chciałam sobie pogadać.  







o tym co kocham i o walce wewnętrznej 2017-01-31

Wtorek to dzień walki wewnętrzej.


Zaczyna się już w poniedziałek, tuż przed północą, kiedy jeszcze nie śpię, a powinnam. Wtedy zaczyna się prawdziwe targowanie, przekupstwo i szukanie wymówek.


Ze wzgledu na rozkład wtorkowych zajęć, powinnam pojawić się w pracy o godzinę wcześniej. Powinnam pojawić się o ósmej. Jeszcze nigdy się nie pojawiłam. Ale to moja słodka tajemnica (taką mam nadzieję). Przed północą w poniedziałek nie potrafię nastawić budzika na 6:10. Żeby mieć cień szansy i dotrzeć na czas. Już od poniedziałku w nocy jestem na straconej pozycji. I tak bardzo się staram, żeby być bardziej po ósmej niż przed dziewiątą. Późnej z kubkiem kawy czekam na kuriera, który przywiezie mi próbki. Wszystkie wyniki muszą być wysłane do klientów zanim wyjdę z biura.


Teoretycznie wychodzę o 16 praktycznie wychodzę, jak się uda, chwilę wcześniej. Kiedy już dojadę przez mgły i korki do domu, ponad godzinę później, wypiję kilka łyków herbaty i usiądę na kanapie, nic już mi się nie chce. I wtedy zaczyna się prawdziwa walka. Wiem, że jeśli w ciągu pięciu minut nie ruszę się z miejsca, będę znowu spóźniona. Wiem, też że jeśli posiedzę chwilę dłużej, to nic mi się nie będzie chciało. I w mojej głowie urodzi się ta brzydka myśl. Ten zły podszept lenistwa. Napisz do dyrygenta i powiedz, że stoisz w korku i nie dojedziesz. Wiem, że będę żałować jeśli nie pojadę. Zmarnowałam 27 lat na nie bycie muzykiem. Nie mogę zmarnować wtorkowego wieczoru. Jeszcze tylko rzucam monetą, żeby sobie ślepym losem potwierdzić i pędzę pod prysznic. I myję włosy, i ubieram się schludnie, żeby raz w tygodniu nie wyglądać jak wieśniak, któremu słoma z butów. Później tylko jeszcze kolejne 45 minut w korkach i jestem.


Jestem kontrabasistą. Dziś do repertuaru wszedł kolejny słodki utwór, chociaż nie mam w nim zbyt wiele do roboty. Prawie same półnuty. I jeden slur (ale za to jaki, przy fortissimo!). I całe morze uroczych crescendo. A wiadomo, że słodkie skrzypki nie zabuczą takim donośnym basem. Chociaż nie mam za dużo do roboty, to ta praca organiczna, u podstaw, którą wykonuję, dodaje całą masę głębi.


Fajnie jest robić to co się kocha. Nawet jeśli jest to we wtorki, po godzinach. Konia z rzędem temu, kto pokaże mi choć jedną osobę, która nigdy nie słyszała (choć może nie kojarzy z nazwy) uwtoru Morning- Peer Gynt Suite No. 1. Poważnie, jak ktoś nie zna to chyba zafunduję jakąś nagrodę. 







bez tematu 2017-01-29

Kiedy byłam dzieckiem świat nie był poprawny politycznie. Czytaliśmy o przygodach Murzynka Bambo, a jak ktoś kręcił się w ławce, to zwykło się mawiać, że ma robaki w dupie. Teraz Murzynek Bambo dostał bana z wykazu lektur, a zamiast robaków w tyłku ma się najwyrzej pasożyty układu pokarmowego.


Ja dziś nie mogę usiedzieć na miejscu, a przecież mam ochotę tylko siedzieć. Gdzieś w głowie tli mi się migrena, raz mi ziemno a raz ciepło. Ale plan przecież musi zostać wykonany, bo świat się zawali jak w parku nie napokarmię wiewiórek. Pijemy goracą czekoladę z papierowych kubków. Pijałam lepsze. I w lepszych okolicznosciach, kiedy deszcz mniej kropił. Wiewiórek jak na lekarstwo, te obecne nie chcą wybierać orzechów włoskich z mojej dłoni. Trzeba im rzucić na te ostatnie dziesięć centymetrów. Ale siedzą, jedzą. Kucamy w liściach i błocie, układamy zgrabne stosiki słodkich rodzynek i chrupiących orzechów. Ktoś nie posprzątał po psie. W czasach mojego dzieciństwa, w cudownym świecie mojego dzieciństwa niepoprawnego politycznie, w psią kupę wdepywało się na szczęście. No więc tak.


Gram na kontrabasie, ale gram tak jak grają ludzie bez natchnienia. Zdarza się. To są zawsze przypływy i odpływy. Mam nadzieję na przypływ 3 czerwca, na mój wielki, ważny koncert. Poza tym jakoś to będzie. Jak człowiek ćwiczy to zawsze jakoś jest. Czasami kiedy zasypiam w głowie gra mi muzyka, na całą sekcję smyczkową. Zawsze gra mi przepięknie, z cudowną dynamiką.


Zbliża się koncert Avishai Cohena w Londynie, na który kupiłam bilety jakieś pół roku temu. Właśnie zabukowałam hotel. Szczęśliwie hotel wystarczajaco blisko miejsca w którym odbywa się koncert. Nie będę musiała korzystać z metra, autobusów, oddychać Londynem. Jestem wieśniakiem. Wielkie miejsca powodują u mnie ciarki. I nie są to dreszcze ekstazy i zachwytu. Wręcz odwrotnie. A w samym centrum sztuki Barbican są myszy. Wiem, bo widziałam dwa lata temu.


Podobno jedną z części egzaminu teoretycznego z muzyki, którą chcę zdać jakoś w tym roku, jest napisanie własnej kompozycji. Zapytałam ostatnio szefa czy mogę wrócić na studia i czy będzie mnie sponsorować. Powiedział, że owszem, jeśli będzie to coś z nauk ścisłych. No ale ile można robić coś czego się nie kocha. Można całe życie oczywiście. Ale ja nie chcę. Sama sobie opłacę te egzaminy muzyczne, z pieniędzy za pracę, której nie kocham. A czasami nawet nie szanuję.


Kiedyś, dziesięć lat temu przyszedł do mnie listonosz. Przyniósł mi dwa listy w kopercie, mówiace, że jednak dostałam się na wydział leśniczy w Poznaniu i mogę zostać magistrem od gospodarki leśnej. Mój romantyczny sen o leśniczówce w sercu lasu mógł się spełnić. Leżał w tych białych kopertach. Ale ja już byłam w innym miejscu. Już zakochana tą pierwszą głupią miłością, w chłopaku z Bydgoszczy, który nie był wart tej miłości. I wiedziałam, że ta decyzja, te zgniecione i wyrzucone do kosza dwa listy mogą zmienić bieg wszystkiego. Ale ja już wybrałam. Już poleciałam za tym co dyktowało mi serce, chociaż rozum podpowiadał mi, że to moje dziewiętnastoletnie serce zostanie złamane i zdeptane.


I zostało. Ale teraz ma się dobrze. Bije wspólnym rytmem z sercem Jaśka. Podobno, (tak przeczytałam w Daily Mail...) serce kobiety bije takim samym rytmem jak serce jej partnera. Ładna idea. Podoba mi się. Bo ja to jednak jestem skończonym romantykiem w głębi duszy. Chociaż na zewnątrz jestem okropna, cyniczna i wstrętna. 


w zasadzie beznadziejna notka 2017-01-22

W internecie wcale nie chodzi o to, żeby wymieniać poglądy, tylko żeby mieć rację. A że wszystko dzieje się przez łącza i w świecie wirtualnym, to w zasadzie nie można za to dostać w mordę. Więc może mi się upiec tym razem.


Często o poranku siedząc na toalecie przeglądam sobie co też stało się na świecie, uważam, że okoliczności temu sprzyjają, to przeglądam te złe wieści. I tak dowiedziałam się jakiś czas temu, że olej palmowy jest w każdym calu zły i wstrętny. Bo w ramach rozrastania się upraw giną orangutany. Obce, bezimienne orangutany giną gdzieś wraz z ginącą puszczą.


Dowiedziałam się też, że globalne ocieplenie, że smog, że chemia nas zabija.


Świat jest przeludniony i ciągle się przeludnia. Wyrywamy matce ziemii co się da, po kawałku, nie dając nic dobrego w zamian. A rodzi nas się więcej i więcej. Gatunek ludzki był ogromną pomyłką ewolucyjną. Nas już nie dotyczy selekcja naturalna. Chcemy ciągle więcej i więcej. I tak będziemy brać. Będziemy kupowiać i wydobywać to co nigdy do nas nie należało. Będziemy zatruwać i niszczyć. Aż połkniemy własny ogon. Ziemia przetrwa, gatunek ludzki na szczeście, nie.


Właściwie pisanie notek, to straszna strata czasu. Wrzucanie swoich myśli do wirtualnego świata, tak jakby były czymś godnym uwagi. Ale nie mam z kim ostatnio pogadać to wrzucam tutaj. Dawno z nikim nie gadałam. Tylko wymieniałam się informacjami. Przesyłałam dane. A przecież tyle się dzieje. A właściwie nie dzieje się. A tak bym chciała żeby się działo. Tak by mi się przydało trochę ożywczej namiętności. Tak by mi się chciało czegoś ekscytującego. Czytam książki, robię mydło i gram na kontrabasie. Gotuję obiady, piorę, sprzątam. Jeżdżę do pracy. Gadam z ludzmi o głupotach i o innych ludziach. Wieje nudą. Nawet mi się pokłócić nie chce, żeby coś się działo. Nudno i pusto.


Może na wiosnę coś się zmieni. Może krew w żyłach szybciej popłynie. Może. A może wcale nie.


 


 


 


wziemiowstąpienie 2017-01-17

Jeszcze nigdy nikogo mi tak nie brakowało, jak dzisiaj naszej wiolączelistki Sophie. Nie jestem kontrabasistą niezależnym, jak słyszę co robi Sophie, to wiem też co ja robię, jest mi jak dyszel Małej Niedźwiedzicy na północnym niebie.


Sophie jest świetnym muzykiem, a do tego jest prześliczna. Czuję, że muszę to napisać aby być zupełnie szczerą w tej notce. Sophie jest prześliczna, gdybym kiedyś przeszła na drugą stronę zakochiwałabym się w kobietach, które wyglądają jak ona. A tak to tylko stwierdzam fakt. Do tego jest świetnym muzykiem. A świetni muzycy po naszej stronie nas zawsze będą ciągnąć w górę.


A że nie było Sophie, to kuliłam się na tym moim stołeczku wysokim, ale nie mogłam nic ściemnić, bo same skrzypki tylko siedziały. Nie było tłumu w który mogłabym się wtopić. Byłam taka pokraczna, jak chodzenie po ulicy z kontrabasem na plecach, jak schodzenie ze schodów z kontrabasem, jak przechodzenie przez drzwi z kontrabasem, jak prowadzenie samochodu z kontrabasem zajmujacym 75% przestrzeni.


A nasz Rob tak jakoś niby mimochodem, ale ciągle, tym paluszkiem skrzypka w moją stronę pokazywał. A ja chciałam dokonać pierwszego w historii wziemiowstąpienia i pod ziemię się zapaść. Tylko ziemia, mnie, nieudolnego kontrabasisty przyjąć nie chciała.


A później, chwilę później, kiedym smyczkiem chciała podciąć sobie żyły, do repertuaru wszedł utwór z Dumy i uprzedzenia. A ja kocham Jane Austen i film z 2005 widziałam milion razy. I mi serce zadrżało. Jakieś to nieprzewidywalne jest życie nieudolnego kontrabasisty. Jak jemu, (kontrabasiście) rzucają perły przed wieprze... 







Duńska Sztuka Szczęścia 2017-01-13

Hygge, duńska sztuka szczęścia.


Wczoraj rano, z niesamowitym wyczuciem, pan listonosz przyniósł mi urodzinowy prezent, niespodziankę. Normalnie, nawet nie podejrzewałabym naszego pana listonosza o perfekcyjne wyczucie czasu. A tu proszę!


Hygge to umiejętność dostrzegania szczęścia tu i teraz w najmniejszych rzeczach, w bliskości, w domowym cieple, w przebywaniu z przyjaciółmi, w dobrej książce i kubku aromatycznej kawy. Chwile hygge to wszystkie te słodkie małe momenty, które będą nas ogrzewać w chilach kiedy będzie nam trochę gorzej.


Nawet nie wiedziałam ile tego hygge szczęścia mam w okół siebie i że czasami można je wokół siebie zbudować i do siebie przywołać.


Wiem, że moje życie jest falą sinusoidalną i równie często bywam na górze, jak i na dole. Możliwe, że inni ludzie przebywają bardziej po środku. Ale chwil ze środka zwykle się nie pamięta.


No i trudno, że Jasiek mi się nie oświadcza. Już sobie kiedyś zadałam jedno ważne, ale to zajebiście ważne pytanie. Czy chcę kogoś innego. I nie chcę.


Na szczęście są jeszcze inne rzeczy, które określają mnie jako człowieka, a nie tylko status związku i posiadane potomstwo. Genów przekazywać nie muszę, bo też nie ma rewelacji, pula nie zbiednieje.


Mogę być szczęśliwa. Mogę być szczęśliwa, bo małych i dobrych rzeczy w moim życiu jest pełno. Dziś padał śnieg, a ja nie musiałam jechać do pracy. Mogłam zaszyć się po czubek nosa w pościeli i przespać kilka bonusowych godzin. Snu mam zawsze w deficycie. A dziś mogłam sobie odbić. Nie zrobiłam nic konstruktywnego, poza cukrowym peelingiem do ciała z rozmarynem i lawendą, które zbierałam jesienią w ogrodzie.


Mam zadatki na szczęście poukrywane w różnych miejscach. Tylko je odkryć, tylko je dostrzec, tylko je odkurzyć...


Mam takie ładne wspomnienie z moich czwartych, a może piątych urodzin. Kiedy kilka dni przed wielką datą dziadek Staś mnie zapytał co chcę dostać. A ja wywaliłam na stół całą listę, blok rysunkowy, kredki, mazaki, wycinanki, farby, pędzle...Tak jakbym nie miała już pełno bloków, kredek, pędzli... A dziedek Staś kupił mi te wszystkie rzeczy i razem z moją kuzynką Magdą, której teraz nie znam wcale, leżałyśmy na podłodze i malowałyśmy przez całe popołudnie. Czasami bardzo mi tęskno za dziadkiem. Wtedy sobie wyjmuję z pamięci jakąś historię. Ot i tym jesteśmy, historiami zapisanymi w pamięci innych ludzi. W tym jak oni nas zapamiętają i czy w ogóle.  


skucha 2017-01-12

Sto lat, sto lat Jacq, na twoje ostatnie 20.


Ogólnie, jak zwykle, skucha. Mój ojciec ostatnio choruje. Przez telefon życzy mi wszystkiego dobrego i żeby, wzięła ślub, to jemu lżej na sercu będzie.


Nie biorę ślubu, bo Jasiek nie chce. Ogólnie nie chce i ze mną nie chce.


Także skucha. Straszna. 


Syndrom Pustej Półki z Książkami 2017-01-06

Lubię czytać. Ciągle jeszcze, a pewnie już na zawsze, wolę czytać w języku polskim, niż angielskim. Nie skuszą mnie słodkie angielskie księgarenki w głębi ulicy, ani promocja na amazonie. Zamawiam od czasu do czasu wielką paczkę w Empiku.


Czasami trochę cierpię, tak jak teraz, bo kilka dni temu skończyłam czytać przefantastyczną książkę Martyny Raduchowskiej, Demon Luster. I teraz już po ostatniej stronie, tak mi jakoś pusto. Z książkami, które mi się bardzo podobają zawsze zaprzyjaźniam się tak trochę. Z niektórymi to nawet na całe życie.


Półka z nowościami trochę świeci pustką. Stoi Wiedźmin. Nie rozumiem fenomenu Wiedźmina. Pierwszą część przeczytałam, tak jakoś łatwo lekko i przyjemnie, a że zamawiam zawsze więcej to zamówiłam kolejne 4 tomy. Drugi zużyłam usypiając się po północy (dwie kartki i spałam), trzeci może wykorzystam w ten sam sposób. Nie lubię bohaterów zimnych jak rybie trupki. A Gerald taki jest, zimny i pusty. I nudny.


Mam jeszcze biografię Boba Marleya. Zawsze kupuję biografie i nigdy nie przeczytałam żadnej do końca.


Może odwiedzę jakiś starych przyjaciół. Pan Wołodyjowski mnie kusi nieco, bo już ze trzy lata się nie widzieliśmy. A ja uwielbiam historię małego rycerza i Basi. Pierwsze spotkanie, a właściwie pierwsze pożegnanie odbyło się pewnej zimowej niedzieli w zatłoczonym pociągu Bachus relacji Zielona Góra –Gdynia. Boże jak ja wyłam, jak Michał wysadzał się razem z Ketlingiem. Wyłam na cały przedział. I przysięgam nie miało to wiązku z niestabilnością emocjonalną. Ja zwyczajnie łatwo się wzruszam, przy książkach.


Dziwne, bo swojej namiętności do książek nie wyniosłam na pewno ze szkoły. Szkolne lektury są tak dobrane żeby człowiek zniechęcił się do końca życia. Totalnie przedawnione, pełne archaizmów. Okropne. Mój ojciec zawsze bardzo dużo czytał, mama trochę mniej ale jednak zawsze. Szkoda, że nie pamiętam z jaką ksiażką zaprzyjaźniłam się po raz pierwszy. Mam pewne podejrzenie, że były to Dzieci z Bullerbyn. Pamiętam też jak brnęłam przez pustynię ze Stasiem i Nel, ale do oazy to nam było bardzo daleko. Nie miałam nigdy ochoty wrócić po latach.


Nie wiem. Cierpię dziś wieczorem na syndrom pustej półki z książkami.







 


Pół słowa na sekundę 2017-01-02

Ostatni dzień wolności po dziewięciu cudownych dniach bez pracy. Nie to, że jakoś szczególnie nienawidzę mojej pracy, ale jej przecież nie kocham. Męczą mnie dojazdy itd.


Dziewięć cudownych dni bez budzika. Z czytaniem do późna, obijaniem się, obiadami na kolację.


Dom jest taki czysty i zadbany, ostatnie naczynia siedzą w zmywarce, blaty w kuchni są wytarte do czysta. I jeszcze tylko przydałoby się ponownie poodkurzać, bo koty gubią sierść niemiłosiernie. Ale Jasiek śpi, to niech śpi. Kłaki na podłodze, niestety, nie uciekną.


Od świąt zaczyna się moja ulubiona pora roku, aż do letniego przesilenia. Uwielbiam tą wczesną wiosnę, która zaczyna się jeszcze zimą. Jak w moim ogrodzie budzi się nieśmiało nowe życie. Żonkile są już tak szaleńczo wybujałe. Kiedyś martwiłam się że pomarzną w styczniowych mrozach, a teraz wierzę, że natura wie co robi. Kiełkują już tulipany i czosnki ozdobne. W lesie widziałam już dorodne rośliny przebiśniegów. Już, już niedługo sie zacznie.


Rozebraliśmy wczoraj choinkę, która już bardzo smutno opuszczała swoje gałęzie. Jak zrobi się trochę cieplej wyjde na dwór z sekatorem i piłą i rozprawię się z jej trupem. Myślę o tych wszystkich nasionach pochowanych jeszcze w pudłach, a które już niebawem będe mogła wsadzić do ziemii. Bardzo doceniam fakt posiadania własnego ogrodu, chociaż czasami go przeklinam, bo więcej się w nim pracuje niż odpoczywa.


Za kilka dni mam urodziny i wtedy to już naprawdę będę tylko rok przed trzydziestką. Tak myślę, czy na pewno zrobiłam dość w moim życiu, czy niektórych decyzji nie będę żałować. Jak tej, że nie chce mieć dzieci. Zegar biologiczny mi tyka i znowu tak długo mi nie zostało na zmianę zdania. Pełno moich znajomych ma dzieci, a tylko kilkoro z nich powinno te dzieci mieć. Bo mają im do przekazania coś dobrego i mądrego. Inny nie powinni. A mają. I nie mają rozterek jakie ja mam. Czy na ten świat powinno się sprowadzać nowe istnienia? Nie wiem. I też się tego nie dowiem w tej chwili pisząc bloga.


Idę zrobić mydło, marsylkie, tym razem. 100% oliwy z oliwek, bez żanych olejków eterycznych i zapachowych, bez żadnych wyciągów i maceratów z nagietka. Bez ziaren kawy i kwiatków lawendy. Prawie w to wierzę, że niczego ekstra nie dodam. No prawie.






 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]