jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
skutki i skutki uboczne 2017-09-21

Jadę dziś do pracy, ruch puszczany wahadłowo, roboty drogowe. Stoję, czekam na zielone, spóźnię się jak zwykle czy nie spóźnię się i będzie niezwykle. Zawsze do ostatniej sekundy trwa ta rozgrywka, zawsze się los waży o dziewiątej. Na poboczu po drugiej stronie dwie dziesiecioletnie dziewczynki podnoszą z ziemii kasztany. Podnoszą z chodnika, aż póżniej zupełnie nie zwracając uwagi na samochody podnoszą kasztany z tej ruchliwej ulicy. Mam ochotę opuścić szybę w samochodzie i krzyknąć, uważajcie na samochody. W końcu z samochodu przede mną zwraca im uwagę. Spłoszone idą do szkoły. Ale mój Boże, cóż to była za beztroska. Zupełnie jakby wszystko co najgorsze nie mogło im się przytrafić za pięć centymetrów. Chciałabym tak czasem nie bacząc na skutki i skutki uboczne.


Dzwonię do rodziców. Niemal codziennie od dziesieciu lat, od kiedy się wyprowadziłam, dzwonię do rodziców. Opowiadamy sobie. Co na obiad, jak pogoda, a że w Polsce grzyby rosną, a ja zazdroszczę wtedy. A na basenie ścigałam się, w stylu klasycznym, ze stulatkiem. Wygrałam, bo nie wiedział, że to wyścig. A, że w pracy, mam testować oleje silnikowe i nijak nie wiem jak się do tego zabrać. Że muszę do brata, co w branży petrochemicznej siedzi zadzwonić, że może zna kogoś z labu kto się metodyką podzieli. Wtedy mój ojciec do biegu się zrywa. Niebo i ziemię poruszał mi będzie, kontaktów szukał. On mi tu zaraz podzwoni i kogoś wynajdzie. Jak mi się ciepło na sercu zrobiło. Dawno nikt dla mnie nieba i ziemii nie poruszył. Odkryłam, że w mojej branży, informacja bardzo dużo kosztuje. Nie wszystko można znaleźć w internecie, a jeśli można to nie za darmo. A ja nie utkałam za wczasu sieci kontaktów.


Przejmuję się takimi rzeczami i jeszcze kilkoma innymi. A chciałabym jeszcze tak kiedyś nie bacząc na skutki i skutki uboczne.  


Podzielę się z Wami na koniec bardzo uroczą muzyką. 


 


 







koniec lata 2017-09-17

A kij z tymi wszystkimi problamami, z tymi zadaniami wiszącymi nad głową, z tym awansem w pracy i nowymi obowiązkami.


Nie będę o tym wszystkim pisać ani myśleć. Wróciliśmy kilka dni temu z Portugalii. Wsmażyłam sobie skórę na słońcu, którego zawsze panuje niedobór na angielskiej ziemii. Spędziliśmy dwa fantastyczne dni na kajakach na oceanie. Kto by pomyślał, że ze mnie taki wodnosportowy typ. I że jak się pożądnie najem strachu to potrafię tak szybko wiosłować. I że będę się opychać krewetkami wyciągniętymi prosto z morza, przez nieco szurnietego Riccardo, który nam zafundował przygodę życia przez jaskinie i skały, i opuszczone plaże na które można się dostać tylko drogą wodną.


Łaziliśmy po małych wioskach, które są takie same jak małe wioski w Sudetach. Panie w kawiarniach podają kawę w stylonowych fartuszkach z falbanką. Małymi brukowanymi uliczkami w górę i w dół, chodzą koty i dojrzali mężczyźni wysuszeni przez słońce i wiatr. W restauracji wciśniętej między domy mieszkalne serwują homary i ogromne krewety. Właściciel wita nas głosem Toma Waitsa po trzykroć. Jakby ktoś siemię orał i kamienie kruszył. Niesamowite.


U Johnnego Hoopera w saxofonowym klubie jazzowym sponiewierałam się sangią. Odkryłam w sobie głębokie pokłady miłości do sangrii. Musiałam sobie czymś zastąpić kawę, która w Portugalii mi zupełnie nie smakowała.


Ale nie jestem zwierzęciem imprezowym. Jak już trafiliśmy na stare miasto nocą, jak już te tłumy wystąpiły z czeluści hotelowych. Jak alkohol polał się strumieniami. Jak klubowi naganiacze proponowali haszysz i palenie. Jak ktoś zaczął śpiewać bardzo fałszywie to miałam ochotę albo strzelić sobie w łeb, albo zwyczajnie zmienić miejsce pobytu.


Przeczytałam cztery książki, z których tylko jedna nie zasługiwała na przeczytanie (ale nic już więcej do czytania nie zostało, a samolot leciał i leciał). Bogowie Tanga, Wszystko jest Illuminacją i Chórzystki. Chórzystki szczególnie polecam gdyby ktoś miał ochotę na ciepłą, jesienną opowieść o angielskich kobietach podczas II Wojny Światowej.


A w Anglii pada. W Anglii to zawsze pada i nie ma co się dziwić. Pada na moje kwiaty i krzewy w ogrodzie. Na owoce malin, na smutną, szarą wiewiórkę, która po stokroć zakopuje i zapomina o swoich orzechach.


Koty przywitały nas z taką miłością i tęsknotą, jakby ktoś pozbawił ich nie tylko towarzystwa, ale i obdarł ze wszelkiego poczucia bezpieczeństwa. Tej miłości starczyło mniej więcej do wczoraj. Ale i tak miło.


Wiem, wiem, że za płotem, tuż za rogiem świat się wali w posadach. Ale w kuchni studzą się owsiane ciastka ze słonecznikiem i jeszcze można się łudzić na święty spokój i wszystko co najlepsze.


 


same bzdury 2017-08-03

Tak jakoś wyszło, że już tu nie przychodziłam. Ale może za 200 lat ktoś odkopie ten serwer i na kanwie neo archeologii, odwzorują mnie tak jak dziś siedziałam i było mi smutno.


We czwartek w odległości 177km od Londynu siedziałam na kanapie, ćmiłam papierosa i słuchałam muzyki. I byłam jak ten przedmiot na wyprzedaży w sklepie, którego, pomimo osiemdziesiecio procentowej obniżki ceny, nikt nie chciał.


Gdyby coś mi się stało, takiego nieodwracalnego, moje zwłoki zostaną sprowadzone do Polski, będę miała katolicki pogrzeb i sypną mi na trumnę, pewnie białą, piachem.


Chciałabym nosić na palcu obrączkę. Chciałabym, bo jeszcze nie nosiłam. Nikogo sobie nie zaklepałam, nikt mnie sobie nie zaklepał. Chciałabym, żeby związek nazywał się rodziną. A nie dwojgiem obcych, z punktu widzenia prawnego, sobie ludzi, którzy sypiają w jedym łóżku. Ale, którzy kiedy stanie się coś złego, nie mają nawet prawa do informacji o stanie zdrowia.


Temat już był i zawsze będzie do mnie wracał. Mogę zaleczyć tą zadrę w sercu. Czasami na dłużej, czasami na krócej, aż przyjdzie do nas jakieś nowe zaproszenie na ślub kogoś bliskiego.


Nie chcę nikogo innego niż Jasiek. Ale od Jaśka nie dostaję tego na czym mi tak bardzo zależy.


Za kilka tygodni jedziemy do Portugalii na wakacje których nie mieliśmy od wieków. Nakupowałam dziesiątki sukienek i fatałaszków. Bo mam ochotę być przez chwilę dziewczyną, którą na codzień nie jestem. I robię brzuszki i przysiady na perfekcyjne pośladki i perfekcyjnie płaski brzuch. I choćbym była perfekcyjna, choćbym bardzo się postarała, to i tak zostałam na półce z przecenionym towarem.


Straszne pierdoły tu dziś wypisuję. Kogo to obchodzi. Nawet mnie nie powinno obchodzić. Powinnam być mądrzejsza i ponad to. Ale co ja poradzę, że dziś wieczorem jestem strasznie głupia i ckliwa. Nad Anglię nadciągnęła jesień przedwczesna. Zrobiło się zimno, deszczowo i wietrznie. I tak to trwa już od kilku tygodni. Tak bym sobie wystawiła buzię do słońca.


Do tego moje dziecko wyjeżdza na studia. Moja Mała Grace, która zaczęła pracować u nas rok temu, kiedy zrobiła sobie rok oddechu przed studiami, zanim zawojuje świat chemii. Przyszła wtedy drobniutka, ze słodką dziecięcą buźką i zaczęła rozdawać uśmiechy na prawo i lewo. A później została oddelegowana do mnie.  I gadała, i gadała. I myślałam, że tygodnia z nią nie wytrzymam. A teraz moje dziecko kończy pracę, a ja tracę moją najabliższą przyjaciółkę.  


 


z dziennika nastolatki 2017-06-19

Przechodzę kryzys 1/3 życia. Rozterki mam ponownie jak piętnaście lat temu. To jaki w końcu jest ten świat. Zły i bezduszny czy dobry i piękny?


Żyję w kraju pełnym podziałów. Rok temu królowała ksenofobia, w tym sezonie modna jest islamofobia. Co kilka dni słyszę w radio o kolejnych zamachach, kolejnych ofiarach, oglądam zdjęcia wieżowca, w którym ludzie płonęli żywcem. I serce mi pęka. Serce mi pęka, bo zewsząd toczy się trucizna i nienawiść. A przecież jesteśmy tacy sami. Płynie w nas tak samo czerwona krew...


Któregoś dnia, w ubiegłym tygodniu, siedzialam sama w biurze. Było już po 16 i odliczałam minuty do wyjścia, ale jeszcze napatoczył sie klient. Hindus ubrany w tradycyjne hinduskie szaty (czyli kieckę) obwieszony koralikami, przyniósł próbkę wody. Jak się okazało, święty od krów. W hinduizmie krowy są święte. W Anglii krowy mleczne, kiedy ich wydajność spada poniżej pożądanego poziomu, wysyłane są do rzeźni i kończą w zapiekankach na półce z gotowymi daniami. Święty od krów, jest członkiem organizacji, która wykupuje krowy przeznaczone na rzeź i pozwala im żyć i umrzeć kiedy nadejdzie ich kres w sposób naturalny. Niby nic, ale dla mnie to najbardziej krzepiąca historia ostatnich tygodni.


Chciałabym dobrych wiadomości. Chciałabym dziennika pełnego samych dobrych wydarzeń. Chciałabym historii o tym jak ktoś przeprowadził staruszkę na pasach i oddał krew, która uratowała komuś życie. Chciałabym historii o tym, jak ktoś kogoś wysłuchal i przywrócił radosć życia i wiarę w drugiego człowieka.


Mam dość podziałów i patrzenia podejrzliwie na wszystko i wszystkich... 


pokoncertowy blues 2017-06-04

W piątek po pracy jeżdzę po sklepach, szukam czarnych ubrań. Bluzki z długim rękawem i czarnych spodni z materiału, czarnych skarpetek bez naszytego nań wizerunku pacmana. Klnę na czym świat stoi. Nie cierpię czarnych, formalnych ubrań. Ale jak się chce grać w Albert Hall (nie londyńskim) to trzeba się prezentować, co w moim wypadku jest niecodziennym stanem. Spóźniam się tak trochę na próbę generalną, ale co ja poradzę, skoro teściowa naszła nas niespodziewanie o poranku, jak całowaliśmy się w kuchni. A później udawaliśmy, że wszystko spoko.


Gdyby ktoś był zainteresowany o czym teraz rozprawiam, na Facebooku bloga kontrabasowego jest wideorelacja (odnośnik w linkach). Wrzucam, bo nie mam się czego wstydzić. Zostałam kontrabasistą. Spełniłam swoje marzenie. Pewnego dnia zostanę bardzo dobrym kontrabasistą.


Na próbie jako jedyni dostaliśmy oklaski. Połechtało mi to próżność. Jak wchodziłam do budyku po koncercie, żeby się przebrać, ktoś zupełnie obcy stwierdził, najbardziej podobała mi się orkiestra smyczkowa.


Słuchałam tych nagrań kilka razy na słuchawkach. Kontrabas tak ślicznie wypełnia przestrzeń. To zupełnie inny zakres fali dźwiękowej, niż na przykład skrzypce.


A dziś dopadł mnie pokoncertowy blues. Nie mogę sobie znaleźć miejsca. Ot i tak to.


 


slowa słowa słowa 2017-05-29

Nagadałam się ostatnio z wieloma osobami, z wieloma osobami reprezentującymi instytucje. Gadałam z moją szefową i z kimś z dalekiej rodziny...


Mój Boże, dlaczego nikt nie dotrzymuje słowa. Dlaczego każde: zadzwonię jutro, wyślę potwierdzenie pocztą/ mailem, zajmiemy się sprawą, czy dam ci podwyżkę, znika w niebycie. Dlaczego każdy w ustach przeżuwa słowa które zupełnie nic nie znaczą.


Świat wokół mnie zapytany dlaczego, wymyśla na poczekaniu najbardziej beznadziejne wymówki. Męczy mnie to.


Ostatnio mój dobry klient w pracy, z którym gadam kilka razy dziennie, porzuciwszy konwenanse zadzwonił z jakims idiotyczym pytaniem o test, który już dawno był zrobiony, a wyniki wysłane. Gadał i gadał i miotał się w sobie, aż go olśniło, że to wszystko dawno i nieprawda. Mówię mu z ironią i przekąsem: nie martw się C. jesteśmy po to aby pomóc. A on to łyknał. Jako przejaw mojego głębokiego zaangażowania.


Świat jest zbudowany na tak okropnie wyświechtanych frazesach. Po zamachu w Manchesterze z BBC płynie do mnie zapewnienie o tym jak wszyscy się jednoczymy. Nie jesteśmy jednością. Jesteśmy wystrzaszeni i jeżymy kolce. W Internecie plujemy jadem na każdy możliwy temat, a na ulicy mijamy się spuszczajac wzrok.


Mam tak serdecznie dość uładzonych gadek z których nic nie wypływa. Ileż bym dała za szczere: nie zrobię tego, bo mi się kurwa nie chce. Przynajmniej człowiek wie na czym stoi. A ja lubie wiedzieć na czym stoję. Lubię znać okoliczności.  


Zostałam ostatnio solistą, w wyniku nieprzewidzianych okoliczności. Wiolączolista się nie pojawił, a cała melodia była rozpisana na kontrabas i wiolaczelę. Pierwszy raz grałam solo przed publicznością. Moja pewność siebie wzrosła po tym wydarzeniu o jakieś plus milion punktów.


I jestem zadufanym w sobie człowiekiem, który uważa że nikt nigdy nie dotrzymuje słowa. Nie wiem w jakim kierunku podążam. Mam prawie trzydzieści lat i wrażenie, że moje życie nic nie znaczy. Sczególnie, że nie chcę przedłużać gatunku. A to jest rzecz, którą się robi przed trzydziestką.


Macie na koniec trochę słodkiego, łatwego w odbiorze jazzu. 







czarne dziury 2017-04-20

Opowiem ci bajkę, jak kot palił fajkę, a kocica papierosa, upaliła kawał nosa!


Tak mi się przypomniał wierszyk z dzieciństwa. Bo dziś mam ochotę schować się we wspomnienia z dzieciństwa. W ten dobry, słodki czas.


Dorosłość mnie rozczarowała. W dzieciństwie świat był czarno biały. Dobro pokonywało zło. Na końcu tęczy był ukryty garnek ze złotem. Nie rozmawiało się z obcymi. Jeśli się zgubiłeś powinieneś zapytać policjanta o drogę. Dobrze widziało się tylko sercem, najważniejsze było niewidoczne dla oczu. Byłam słodką dziewczynką z miodowymi włosami. Zadowoloną z życia tak, że mogłabym pęknąć z tej uciechy i od cudownego barszczu ukraińskiego gotowanego przez moją babcię.


Siedzę w otwartym bagażniku mojego samochodu. Nogi w martensach wystawiam za burtę. Kopcę papierosa. Jestem piratem na statku. Odebrałam telefon i wyszłam z laboratorium. Na linii ze mną angielska policja. Łapię zasięg. Przygotuj się człowieku, panie władzo, będę jechać.


Dzwoni pan policjant. Pewnie jest rudy i siedzi w biurze. Mówi, że on jest very sorry, ale w związku z moim wypadkiem i moim odwołaniem w sprawie decyzji policji, oni odwołanie jednak zignorują. Mówisz mi teraz koleś, albowiem w tym kraju skraca się dystans i wszyscy jesteśmy sobie na ty, poza królową. Mówisz mi więc koleś, że za skasowanie mojego samochodu, ucieczkę z miejsca wypadku i wielką ściemę do firmy ubezpieczeniowej, angielska policja proponuje karę li i jedynie, kursu doszkalającego kosztującego  180 funtów, trwającego dwa dni. To mi właśnie mówisz, zupełnie serio.  Więc pytam uprzejmie czy jaja sobie ze mnie robisz, żarty żarami, ale za wywalenie fajki przez okno w samochodzie jest większa kara i parę punktów, za używanie telefonu w czasie jazdy płaci się srogi mandat i srogo punktów. I ty mi właśnie mówisz koleś, że lepiej jest w kogoś przyjebać autem na drodze i dać nogę. A on, że jest very sorry i że w ogóle mam całe morze jego sympatii, ale tak właśnie jest. Mówię mu, napisz mi list, bo teraz ja zacznę popełniać małe zbrodnie i mam nadzieję na podobne traktowanie. I tak se gadamy. Z tego mojego wypadku jest jedna korzyść. Otworzyło się okno, wysypały się słowa. Jestem oratoryjnym potworem, w tym, jednak, nie moim ojczystym języku, angielskim. Jestem jak William Szekspir z obcym akcentem.


Jestem rozczarowana, bo mam oto 29 lat, na świecie nie ma sprawiedliwości. A jak się zachciewa sprawiedliwości, to można sobie ręce pobrudzić samemu, a później ręce umyć. Policja angielska, to jest okrutna kpina. I strata czasu. W ogóle ten kraj mi dopiekł ostatnio. Tak sobie roważam emigrację. Jakby ktoś słyszał o uroczym domku w Polsce, w głębi lasu, z kominkiem, to ja chcę. Będę żyć z kłusownictwa i rękodzieła. I będę grać na kontrasie na pogrzebach bezdomnych. O!


Jakkolwiek jestem lwicją telefonicznych rozmów i nie przeżywam po rozmowie co jeszcze mogłabym dodać, bo już wyrzygałam rozmówcy wszysctko za wczasu. To teraz siedzę na kanapie jakoby zwiędły liść. I wracają do mnie wspomnienia z dzieciństwa i pod tymi wspomnieniami się chowam. Za chwilę włączę sobie mój ukochany film z dzieciństwa. Totalna Magia z Sandrą Bullock i Nicole Kidman. I będę się chować w czasach kiedy świat był inny, dobry i bez tych wszystkich szarych plam, zgniłych miejsc i czarnych dziur, w które można wpaść i nigdy z nich nie wyjść.


 


kwiecien 2017-04-12

Moi znajomi występują w telewizji, moi znajomi skandaliści w mainstreamowych mediach. Pozakładali rodziny, porodzili dzieci. I może nawet zasadzili drzewo. I może dom ktoś ma na własność wybudowany, bez kredytu.


A ja co. Siedem długich lat na e-blogach i nikt o mnie nigdzie nie słyszał.Młodość zmarnowałam na związkach ze starszymi facetami, z których jeden nie stronił od amfetaminy a drugi od alkoholu. Siedzę na stołeczku w pracy i wtapiam się w tło. Może już do końca życia będę tak siedzieć jedną ręką miareczkując, a drugą oglądając wiadomości w telefonie o tych znajomych co zaznaczyli swoje istnienie w świecie.


A jak mnie pytają czy chcę iść wcześniej do domu, to ja zawsze chcę iść wcześniej do domu, jakby tego dnia miało coś się zmienić i coś nastać. Jakby koperek miał wykiełkować z nasion, a nie kiełkuje.


Jak mi jest bardzo smutno z tego powodu i mam ochotę na niezdrowy dreszczyk emocji, to uprawiam hazard w internecie. Wpłacam dychę depozytu, a jak szybciutko ją pomnożę dwu lub trzykrotnie, to zabieram kasę i uciekam, zanim zacznę przegrywać.


A na Wielkanoc może skończymy remont domu. Tylko nic nie mówcie mojej mamie, bo wyjdzie, że to całe katolickie wychowanie to psu na budę było. I że będę smażyć się w piekle jak skwarka.


 


wiosna, wiosna, wiosna ach to ty! 2017-03-27

Moje życie wróciło do mnie. Nawet nie wiedziałam, że wegetuję od kilku miesięcy. Że po pracy siadam na kanapie i z kanapą staję się jednością. Że mi nawet nie drgnie powieka, że zwyczajnie nie mam siły. Nie ćwiczę grania na kontrabasie, tylko gram na próbach i na lekcjach. Nie czytam nawet książek. Oglądam telewizje. Teleturnieje w telewizji. Nawet nie wiedziałam, że od kilku miesięcy uchodziło ze mnie powietrze. Że leżałam na kanapie jak przebity balonik, który już na żadne wyżyny się nie wzbije.


Na ubiegłą sobotę zapowiedziano w BBC weather słońce w mojej dzielnicy. Odwołałam za wczasu lekcję kontrabasu, Ian pojechał ścigać się na torze, a ja ubrana w sweter, bluzę i koszulkę wyszłam na ogród. Wyciągnęłam moje szpadle, łopaty, grabie, sekatory, kosiarkę, motykę i haczkę. I zrobiło mi się za ciepło w tym swetrze. Skosiłam trawę. Nic nie pachnie tak jak świeżo koszona trawa... To znaczy podobno fosgen tak pachnie, ale nie mówmy o gazach bojowych kiedy gadamy o wiośnie. Ogarnęłam krzaki malin, które strasznie się rozbrykały i najwyraźniej mają ochotę przejąć w posiadanie pół ogrodu. I przysięgam, już nie tylko liście się na nich zielenią, znalazłam już całe mnóstwo małych pąków kwiatowych. Maliny z własnego ogrodu. W tym roku zrobię wino malinowe! Całe mnóstwo kwiatów już kwitnie. Zioła rosną w oczach. Dziś zerwałam cały pęk natki pietruszki a rozmarynu mam tyle, że jakby ktoś chciał to mogę wysłać!


Wiosna wniknęła we mnie przez odkrytą skórę. Witamina D we mnie zabuzowała. A później padłam ze zmęczenia. I nie ma nic lepszego niż dotyk ciepłej kołdry na skórze po takim dniu. W niedzielę zrobiłam dokładnie to samo, tylko w innych częściach ogrodu.


A dziś po pracy, nie wpadłam w czarną dziurę wszechogarniajacej niemocy. Wcale a wcale nie. Tylko zrobiłam całą masę fajnych rzeczy i do tego pograłam na kontrabasie.


Uwielbiam wiosnę. A do tego, związek chemiczny zawarty w żonkilach jest potencjalnym lekiem na Alzheimera. Tak ostatnio słyszałam. A że to dobra wiadomość to się nią z Wami dzielę! 


ja już nie wierzę w gnijący świat 2017-03-19

Wieje, takie mocne 7 w skali Beauforta. Ale nie pada, więc wychodzę do ogrodu. Wszystko zaczyna rosnąć w szaleńczym tempie. Żeby to ogarnąć brakuje mi czasu. Trzeba jeszcze skończyć malować płot między dwoma częściami ogrodu. Wypiłam już kawę i po 10 rano nucąć sobie pod nosem piosenkę zespołu Raz Dwa Trzy, w Wielkim Mieście, zaczęłam od wyrywania chwastów i wyciągania tych piekielnych kamieni, których w naszym ogrodzie jest pełno.


Ptaki śpiewają, swoje wczesnowiosenne piosenki. Wiatr smaga mi włosy, naciągam kartur na głowę. Przy płocie zatrzymują się nasi sąsiedzi. Wszyscy emerytowani, zagorzali fanatycy podlądania ptaków w rezerwacie przyrody nieopodal. Zatrzymują się i prowadzimy te miłe, niezobowiązujące sąsiedzkie rozmowy. Nie znam nikogo z naszych młodych sąsiadów. Młodzi ludzie ze sobą nie rozmawiają. Później dołącza do mnie Ian i tak oboje już machamy sobie pędzlami w tym płotowym projekcie.


Hiacynty i niebieskie dzwonki pachną niesamowicie. Nic już tak nie pachnie przez całą resztę roku.


A później nie muszę podnosić głowy, żeby słyszeć jak na końcu drogi pojawia się grupka ludzkich młodych. Rozwrzeszczanych. Jednego już znamy, z pewnej nocy kiedy kopiąc nasz płot skręcił sobie nogę w kostce. Idzie, z kumplami. Jeszcze nieopierzony. Jeszcze nie odrósł od ziemi ale nie powstrzymuje go to przed wyznaniem: I will bang you with the knife. W wolnym tłumaczeniu: Przelecę cie/zajebie cie nożem. Gapimy się. Gapię się ja i gapi się Ian. Jeszcze nieopierzone, takie czternastoletnie może. Ian podchodzi do mnie i mówi: następnym razem jeśli powie coś takiego to mu wpierdolę. Dlaczego nie wpierdoliłeś mu dzisiaj, mój kochany?


Ludzkie dzieci są koszmarne. Hodowane przez koszmarnych dorosłych, którzy nie wychowują. A hodują. Nigdy nie będę mieć dziecka. Bo nie chcę żeby żyło w świecie złym i zepsutym. Im mniej coś jest przesiąknięte zgnilizną i zepsute tym ma gorzej. A moje dziecko było by dobre. Dlatego nigdy nie będę miała dziecka. Nie sprowadzę czegoś co kochałabym najbardziej na świecie w tak parszywe miejsce.


(Wycięłam dwa akapity tej notki, ze względu na zbyt kontrowersyjną zawartość)


 




e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]