jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
hej człowieku! 2016-09-21

Nie odcinam się od Fejsbuka, chociaż wiem, że mnie śledzi, że cały świat mnie przez fejsbuka śledzić może, też wiem.


Ale nie odcinam się, bo z drugiej strony, tyle rzeczy tam można polubić, wszystkie takie śliczne i na pokaz, że człowiek od razu wie, że jego własne życie ugnurane jest całe w gnoju i z czym do ludzi.


Jakkolwiek często w ramach rozrywki, bo w pracy telefonów nikt nam nie zabiera i można sobie z podzielnością uwagi po sieci buszować dzień cały. To buszuję i czytam komentarze pod wszystkim jak leci i czasami aż mnie wzdryga od tej fali hejtu, jaka internet zalewa. Że jeszcze to wszystko się nie potopiło, to cud jakiś. Sama święta nie jestem, ale zwykle nie pozwalam sobie, zwykle myślę sobie, że milczenie jest złotem. A jak mi milczenie nie wyjdzie, to tylko zła na siebie jestem, bo nie warto.


Polajkowałam jakiś czas temu stronę Janusze Tatuażu. No śmiechu miałam co nie miara, bo jakże niektóre z tych rzeczy ktoś wydziarać mógł sobie. Aż pewnego dnia, obudził się objechany równo właściciel jednego tatuażu i tak oni, i właściciel zaczęli się słownie przepychać. Brzydko bardzo, aż chciałam coś napisać. A później wzniosłam się na swoje wyżyny i cofnęłam stronie moje wartościowe polubienie.


Internet jest świetnym medium i zbliża do siebie ludzi. Mogę oglądać postepy we wzroście i rozwoju mojego dziecka chrzestnego, które ochrzczone nigdy nie zostało (i pokrętnie powiem dzięki Bogu!). Mogę być dobrą wróżką mimo odległości. I to jest ekstra.


Ale też fakt, że czujemy się od świata odgrodzeni tym szklanym ekranem, że tacy jesteśmy oderwani od tego co realne, że już w ogóle nie widzimy drugiego człowieka po ‘tamtej stronie’. A przecież to wszystko, już na zawsze, będzie tym zapisem cyfrowym gdzieś na serwerach.


W większości przypadków, nie podchodzimy do obcego człowieka na ulicy mówiąc: stary masz chujowe spodnie, a twoja stara to... i brzydki/brzydka jesteś jak noc listopadowa.


Chociaż w zwiazku z nocą listopadową, to otrzymałam kiedyś taki anonimowy telefon. W sumie, no co, nie wypada się nie zgodzić. Ale czy ja wiem czy listopadową, wrześniową bardziej, październikową, brzydką, mglistą nocą jestem. Ale żeby listopadową, to nie wiem, no może. Było to kupę lat temu, a do dziś pamiętam.


Tam po drugiej stronie często siedzi człowiek. Często inny niż się wydaje. Często samotny człowiek, w pustym mieszkaniu. Przygarbiony i skulony, cały nastroszony kolcami i gotowy by skoczyć do ataku. Tam po drugiej stronie, często siedzi ludzka tragedia i ogromny smutek.


Zadwoleni ludzie, zwykle nie mają czasu mieszkać w cudzych szafach, spać pod nie swoimi materacami, nie oglądają przez lupę najmniejszych szczególików szukając skazy. Zadowolonym ludziom brakuje na to czasu, a też nie interesuje ich to za bardzo. Tylko bardzo biednym ludziom, do ‘szczęścia’ potrzeba cudzego nieszczęścia. Jakby od tego rośli w moc i siłę, bo komuś ciut mocniej dowalą.


Pilnowanie własnego nosa. W szkołach bym to wprowadziła. I byłyby to zajęcia teoretyczno praktyczne w przedmiocie Żyj i Pozwól Żyć. ŻiPŻ. Ładnie, co nie?


PS. Jako oprawa muzyczna, jeden z utworów z mojej Playlisty z okazji Bonfire Night. Nasze Bonfires są bardzo piękne, chociaż w nocy i w listopadzie. Można? Można. 







Golden ticket 2016-09-18

Życie jest całe przesycone chemią. I nie chodzi mi o to, że w paczce chipsów mamy pół układu okresowego pierwiastków. Życie jest całe przesycone chemią, bo wszystko co nas otacza to nieustanny ruch, przyciąganie, odpychanie.


Pierwiastki zwykle tworzą związki, ze sobą, lub z innymi pierwiastkami, bo na poziomie energetycznym taki związek jest bardziej opłacalny.


Ja tworzę związek z Ianem, bo bardziej mi się to opłaca niż bycie w pojedynkę. Tak to, kochany, bo jesteśmy wyrachowani. Jeśli w domu czeka na mnie ktoś, kto po beznadziejnym dniu, sprawi, że wybuchnę śmiechem, od którego niemal rozerwę się na kawałki, to przysięgam, nie pozbędę się tego kogoś tak szybko, nawet jeśli ma kilka wad, z którymi da się żyć.


Wiem, że nie wszystkie związki są idealne, wiem, byłam tam i to przeżyłam. Nie trzeba jednak tkwić, w związkach energetycznych nie na naszą miarę. Właściwie, to nie ma idealnych związków, ale jeśli człowiek jest szczery, lojalny, skłonny do kompromisów i do tego, żeby nad sobą i związkiem pracować, to otwiera się przed nim cała masa energetycznych korzyści.


Nawet wierzę ostatnio w miłość do końca życia. Taką, że każdego dnia, będziemy się nawzajem pytać co dziś na obiad, do momentu aż jedno z nas umrze. I będziemy się dużo śmiać i wygłupiać. I będę chodzić po domu i nucić głupiutkie, wpadające w ucho piosenki, które później Ian, biedny Ian, będzie miał w głowie przez kilka dni.


Czasami, to czuję się tak, jakbym wygrała złoty bilet do fabryki czekolady.


 




siedzę i czekam 2016-09-14

Usiądź nad brzegiem rzeki i czekaj aż trupy twoich wrogów spłyną wraz z nurtem.


Jestem ograniczona, no i co z tego. A kto nie jest.


Sytuacja 1.


Starczę w pracy, badam biogaz. Czyli generalnie, uogólniając, kupę, nie ludzką, żeby była jasność. Jestem ograniczona, więc mnie to nie rusza. O pomocnika w pracy prosiłam przez okrągły rok. Teraz zaczęły się żniwa, więc dla nas burzliwy okres testowania ziaren przez dwa miesiace, w kótrym nie biorę udziału, bo mam urodzaj biogazowych kup, przez rok cały. Jak przyjechały liście zmiemniaków z całej Europy, w kartonach, po 60, 120 próbek w kazdym powiedziałam: ja tu nie zwariuje, ja już tą pracę mam w dupie. Zgniją, to zgniją, mnie to nie rusza i nie mój biznes.


Ze żniwami przybyli pomocnicy, nie dla mnie. Wracajac jednak do scenki. Stoję, badam kupę. Moja szefowa pyta czy zabiorę jutro Rosie do pracy. Tak, jeśli Rosie dojedzie do mnie do domu, bo ja nie będę jeździć po Nottingham. End of story. A później zaczęło się podchodzenie i mydlenie oczu, że jakbym tak zjechała z drogi tu i tam.


Jestem ograniczona, jak już wspomniałam. I w życiu, i w dojazdach mam punkt A i B. Z punktu A wyruszam, do punktu B zmierzam. Nie zatrzymuje się po drodze, przejeżdzam na późnych pomarańczowych, czasami przejadę jakieś zwierzę. Taka jestem. Nie rozglądam się na boki, cierpię kiedy muszę zwolnić, bo ktoś nieudolnie na zakręcie nie.


Scena 2


Nie, nie zrobię tego o co mnie prosisz, jeśli to nie będzie tak jak ja chcę. Po pierwsze nie lubię wozić obcych ludzi. Po drugie, nie będę zjeżdzać z drogi, żeby komuś drogę skrócić. Po trzecie (w myślach, to i tak nie będzie pomoc dla mnie).


Scena 3


Fajnie mnie załatwiłaś, żebym się teraz czuła złośliwą suką, niechętną do pomocy. Albo, żebym już teraz zaczęłam się stresować tym gdzie mam zjechać i co zrobić. Dzięki kurwa bardzo, tak czy siak dla mnie źle.


Scena 4


Gryzę się, nawijam do Iana. Męczy mnie w środku, że jestem suką i że jestem ograniczona.


Scena 5.


Jem chińczyka. Zaraz będę zamawiać książki. Przychodzi SMS. To stamtąd odbierzesz Rosie. I mapa, która mówi mi tyle, że nie widzę nazw ulic po których jadę. Kurwa, weź nie rób sobie ze mnie jaj i mi nie mów jakie to proste i nie śmiej mi się do telefonu. Mi można wbić szpilkę całkiem głęboko zanim coś powiem. Ale przez pół dnia mnie bodłaś w złe miejsce, więc nie dzwon do mnie w moim czasie wolnym od pracy i mnie nie wkurwiaj. I nie mów mi co jest proste, bo może jest proste dla ciebie, nie dla mnie.


Straciłam serce do tego miejsca. Do blogów też straciłam, ale jak nikt mnie nie czyta to już mi w sumie wisi. I to pisanie nie musi mieć sensu.


Usiądź nad brzegiem rzeki i czekaj aż trupy twoich wrogów spłyną wraz z nurtem. Siedze i czekam.


 


Year of the Cat 2016-09-09

Nie mam w zasadzie nic do powiedzenia.


Tylko:


Jechałam dziś do pracy, słuchając BBC radio 2. Nie wiem czemu, ale czasami lubię. Czasami trafią w mój eklektyczny gust muzyczny od mydła po powidła. I tak dziś, Al Stewart, Year of the Cat. Preśliczna piosenka, o której nikt, z pytanych, nigdy nie słyszał.


A później wytworzyłam, drugi dzień z rzędu, pole magnetyczne, morficzne i Bóg wie jakie. pHmeter nie działał, a w zasadzie to czwarty pod rząd pHmeter mi nie działał. Wyniki trzeba było brać z kosmosu, patologia. A później, tuż po siedemnastej, zgarnęłam z siedzenia pasażera, mój koszyk zbieracza i pobiegłam w chaszcze przez zaorane pole. Zbierałam wielkie, soczyste, błyszczące jeżyny. Jetem wieśniakiem i jestem szczęśliwa w tych krótkich chwilach kiedy jestem na zewnątrz, kiedy słońce na mnie świeci i wiatr mnie smaga. Kiedy skórę mam podrapaną kolcami i koszyk mi się wypełnia. W domu, poparzona ciągle jeszcze pokrzywą wyczesuję z włosów liście i trawę, koszulka ląduje w koszu (miała już swoje lata), porwana na cierniach tarniny.


Poźniej nastawiłam nalewkę, pozbierałam w ogrodzie pomidory, cukinię i marchewkę, zrobiłam z tego piekielnie pikantny sos do makaronu, posprzątałam kuchnię, zjedliśmy kolację. I tak powoli odpływałam w niebyt na kanapie. Aż do chwili, w której przypomniałam sobie, że po ósmej rano zakochałm się w piosence. Mój sen przepadł, został odroczony na nastęonych kilka godzin. Wpadłam w ubiegły wiek i lata 70, 80. Planuję stworzyć najbardziej odjechaną playlistę na naszą już doroczą imprezę z okazji Bonfire Night.


Szkoda, że prawie nikt nigdy nie kuma o co mi chodzi. Swoją drogą. To ja też urodziłam się w roku kota. Utożsamiam się więc.


Gdyby ktoś z Was drodzy czytelnicy miał pomysł odjechanego utworu muzycznego do mojej playlisty. Jestem otwarta na propozycje!












czas, który płynie słodko 2016-08-29

Lubię leniwe, długie weekendy. Mój przeciągam jeszcze do jutra.


Grzebałam się już w ziemii w tym wolnym czasie. Wycinałam przekwitłe kwiaty, zrywałam maliny i wieczne truskawki. Wrzucałam własne ogórki do słoja z soloną wodą, chrzanem, koprem i czosnkiem. Zrywałam małe pomidory. Suszyłam płatki nagietków.


Przeczytałam przeuroczą książkę „Efekt Rossie” i obejrzałam fenomenalny film „The Dressmaker”. Ugotowałam kilka smakowitych obiadów.  Grałam na kontrabasie, wszystko to co kiedykolwiek zdarzyło mi się zagrać.


Jutro planuję założyć gumofilce (no dobra martensy) i w jedną rękę chwycić mój piękny wiklinowy kosz zbieracza, a w drugą wędkę i iść na zbiory/ryby.


Życie byłoby piękniejsze, bez lawirowania i bez chodzenia do pracy. Moje numery nie padły w sobotę w losowaniu lotto, więc cudowna odmiana losu mnie nie spotka.


Ale kto wie? 27 września idę na pierwsze spotkanie z orkiestrą. W pracy nie zrobili mi problemu z przesunięciem godzin. Szacunek. Może za kilka lat, może po trzydziestce trochę, będę mogła zmienić ścieżkę kariery. Nie zostanę już raczej profesjonalnym muzykiem sesjowym. Ale kto to wie. W życiu czasami przydarza się trochę magii. I mi jeszcze jakaś odrobina się trafi. Może jak dorosnę i jak dorosnę muzycznie, spotkam kogoś wkręconego w te same struny co ja. Będziemy grać dziwaczny post jazz, na efektach, na paninie zrobionym z łupiny kokosa. A póki co, muszę kupić sobie długą czarną suknię i szpikni. I stać się kobietą poważną, nie w tych moich wiecznych trampkach, portkach i z nieuczesanymi kudłami, które hoduję obecnie tylko po to żeby je ściąć dla kogoś po chemioterapii. Będę mieć długaśną, poważną czasną suknię, do samej ziemii i będę grać na basie w ostatnim rzędzie. Pierwszy kontrabas, jedyny kontrabas w orkiestrze, bez wymaganych stopni wtajemniczenia i umiejętności. Biorą mnie, bez przesłuchania, bo innych opcji nie ma, a jak to móją Angole beggars can’t be choosers. Więc biorą co dają. Biorą mnie. Ciekawe czy to będzie szczęście, czy nieszczęście. I dla kogo. Ciekawe, co to będzie?


 







Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata? 2016-08-22

Jasiek śpi na kanapie przy meczu kogoś tam z kimś tam. Ja muzycznie tkwię w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiatych. Genialnie nie jest, ale mam przeogromny sentyment.


Jak rzeczywistość mnie wkurza, to chowam się w moje prywatne rejony komfortu, kiedy Aga Chylińska nie była seksowna.


Skalałam po angielskich kanałach tv. Sex box. Pary udają się do tytułowego pudełka, w którym uprawiaja seks (bez kamer), po czym wychodzą i rozprawiają o tym co też robili, jak to robili i co można w tym poprawić. Skaczę dalej. Naked attraction. Uczestnicy dokonują wyboru partnera na randkę, oglądając nagie ciała potencjalnych kandydatów.


Dla mnie miłość to Jane Austen a nie pięćdziesiąt twarzy Greja. Kiedyś, kiedy dorastałam na tej swojej sielskiej wsi, zawód prostytutki nie był powodem do dumy. Sprzedawanie siebie za pieniądze, to coś czym nikt się nie chwalił. Seks był czymś intymnym, czymś szczególnym, a nie pewną odmianą sportu. A teraz jakis system punktów i zaliczeń. Kto szybciej i kto więcej.


Seks powinien być prywatny. Powinien dotyczyć dokładnie dwóch osób. Jeśli jest inaczej, to to jest branża pornograficznych filmów dla dorosłych. I świetnie, niechaj sobie ona istnieje i prosperuje. Ale niech mi nie wychodzi z publicznej telewizji, przy kolacji, kiedy nie mam ochoty śledzić rozmiarów i wielkości cudzych piersi i penisów. Niech mi się tego nie wtyka w porze relaksu, jako pseudo edukacyjnego bełkotu. Wszyscy jesteśmy tacy różni. Od 65A do 90H. A wszystkich nas sprowadza się do ciała, jakby nic więcej w nas nie było. Jak patrzę na niektórych ludzi, z przerażeniem stwierdzam, że tam poza kolorowymi soczewkami, tam dalej w głąb, w istnienie, tam naprawdę nic więcej nie ma. Wszystko wyprane, wyblakłe, puste.


Świat staje się płytki i świat się wypiętrza w rejonach, które powinny pozostać nizinnymi. Tajga zamienia się w pustynię a płuca ziemii cierpią na bezdech. 







push the sky away 2016-08-13

Kto nie zna tego oklepanego stwierdzenia: nie jesteś sam.


I chociaż to brzmi jak nieprawda, bo w swoim bólu istnienia czujemy się zwykle samotni, to jednak.


Chodzimy ścieżkami, po których przesło już wiele innych osób przed nami. Dziś odkryłam zaletę blogów internetowych.


Mam swoje małe prywatne zafiksowanie na zaręczyny i małżeństwo. Jeśli mój nastrój choć trochę spada, to tym tematem sprowadzam siebie w rejony depresji. A dziś przeczytałam bardzo mądry wpis na jakiejś stronie. Bo mężczyźni, którzy nie wierzą w małżeństwo, to wbrew temu co myślałam, nie jest przypadek jeden na milion. Chodzili już tacy po tej ziemii. A ja po prostu podążam ścieżką kobiet, które już były na moim miejscu.


Kiedy wznoszę się na absolutnie wyżyny mojej osobowości, poza miłość własną i egoizm, to udaje mi się zobaczyć świetlaną przyszłość z Jaśkiem i serio niewielkie znaczenie ma fakt czy mam na palcu obrączkę czy też nie.


Jego niechęć do małżeństwa nie pojawiła się przecież razem ze mną. On nigdy nie wierzył w tą instytucję. Nie jest to więc personalne.


Personalne jest raczej jego oddanie, szacunek i miłość którą mnie obdarza.


Fajnie by było, ale jeśli nigdy nie będzie to też ok. Niczego ważnego, niczego w istocie sprawy to nie zmieni.


 




dorosłość jest przereklamowana. bardzo 2016-08-11

Miałam pyszne dzieciństwo. Miałam bajkowe dzieciństwo, bez kłótni, rozpadu rodziny. Nie przywykłam, że świat może być szarobury, bo był jasny i radosny.


Los oszczędził mi wielu paskudnosci kiedy byłam dzieckiem. Życie było słodkie. A teraz w słodycz sączą się kropelki dziegciu. Nie przywykłam. Nie przywykłam do tego, że w pewnym momencie bliscy zaczynają odchodzić. Że więzi rodzinne zaczynają się rozluźniać i rozpadać.


Że można z kimś dzielić całą masę kodu genetycznego, a nie znaleźć nigdy wspólnego języka.


Moja babcia umarła w niedzielę. Straszne było jej powolne umieranie i okoliczności w jakich umierała. O jej śmierci dowiedziałam się dzisiaj, nie ja jedyna zresztą.


Wychowano mnie w przeświadczeniu, że starszym ludziom szacunek należy się z urzędu. A figę. Można przeżyć i tysiac lat, i być przez całe życie złamany fiutem. Wyrzucam więc to przeświadczenie, bo jest błędne. Rodzina i więzy krwi to też właściwie tyle co nic.


Dorosłość jest straszliwie przereklamowana. Piekielnie. Niby można ten seks, papierosy, alkohol i narkotyki, do oporu. Samochodem można jeździć. Można sobie kupić. Ale że w bonusie dostaje się całą masę problemów, że lodówkę to trzeba samodzielnie napełnić i jeszcze ugotować (bo na telefon to tłusto i niezdrowo), odpowiedzialność trzeba brać, sternikiem zostać okrętu. Samochód trzeba zalać dieslem, chociaż benzyna korci, bo taniej. Trzeba się ubierać i wypowiadac kulturalnie a nie co drugie słowo to k...


Życie...


nikt nie jest uszyty na miarę 2016-08-07

Nasz związek wisiał na włosku. Ale nadal wisi, trzyma się ciągle.


Nie wiem jak było blisko do rozstania, a jak było daleko, ale coś złego było w powietrzu. O miłość trzeba dbać, miłości nie można samopas zostawić, bo zdziczeje, bo będzie się rodzić pokrzywiona i karłowata.


Nie stały się miedzy nami zdrada, kłamstwa i oszustwa. Ale stał się między nami chłód i niechęć. Jakiś czas temu obudziliśmy się w rzeczywistości, która nas gniotła i trzeba było zrobić krok w jakimś kierunku. Już nie można było udawać, że jest dobrze, bo nie było.


I tak powoli, sukcesywnie, odnajdujemy do siebie drogę. Bo bardzo nie chcę żebyśmy rozeszli się w różnych kierunkach. Pewnie, że nie jesteśmy najbardziej dobraną parą pod słońcem. Chyba żadna para nie jest uszyta na miarę. Mamy oboje dominujące charaktery, jesteśmy uparci jak osły i trudno nam ustąpić. Do tego Ian strasznie chrapie, ale zacny z niego człowiek.


Dlatego wierzę, że wyjdziemy na prostą. Nauczymy się o sobie więcej. Nauczymy się nie ciskać gromów z powodu rzeczy, które w ogólnym rozrachunku nie mają wielkiego znaczenia.


W ostatnim czasie zrobilismy razem kilka strasznie fajnych rzeczy. A zapomnieliśmy już prawie jakie to ważne, kiedy człowiek żyje tym życiem dorosłego człowieka, z masą obowiązków, że trzeba to czasami odgrodzić grubą linią i znaleźć czas na przyjemności. Na ryby, na przykład, to ja teraz mogę chodzić co tydzień. I tak sobie wyciągać rybkę z wody co dziesięć minut, siedząc przy wodospadzie, który kojąco szumi. I jak jeszcze nie muszę nakładać robaków na haczyk i wyciągać haczyków z rybich pyszczków, to tak już w ogóle mogę. 


świat się nie zawali 2016-08-05

Od życia można zwariować, ale można też nie zwariować. Na tym obecnie się skupiam.


Problemy, które dziś są końcem świata, jutro stracą sporą część swojej mocy. Czasami warto przeczekać, zamiast walić głową w ścianę. Ignoruję więc rozgrzebany remont, ignoruję moją pracę, ignoruję samochód który się psuje i brak wakacji.


Za to jutro wielkie, słodkie plany. Co kto lubi, chłopiec od rana pojedzie do sklepu wędkarskiego kupować larwy muchy domowej, a ja w ogród przycinać i kiełznać to dzikie szaleństwo. Babranie się w ziemi to świetne lekarstwo. A ja wszystko zostawiłam przed miesiącem i tak sobie wirowałam coraz szybciej i szybciej wokół własnej osi. I pojedziemy jutro na ryby (Jasiek) i zbieranie ziół (ja). I moze witaminy D nam przybędzie i piegów od słońca, i się wyluzujemy jak para zblazowanych nastolatków rzucająca ziemniaczane chipsy kaczkom. I będę jarać trawę, jak prawdziwa zielarka.


Chciałam dorosnąć, mieć wszystko pod kontrolą, zapięte na ostatni guzik, zorganizowane i poukładane. A zamiast tego w szwach mi się porozchodziło, guzik odpadł, a łokieć to w ogóle się przetarł. Dlatego olewam. Świat się nie zawali. Świat naprawdę się nie zawali.  


 







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]