jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
ziemia skuta lodem 2016-12-02

Jak byłam młoda i głupia weszłyśmy razem z moją przyjaciółką, na staw okryty bardzo cienką warstwą lodu. Historia nie ma pointy. Byłam młoda i głupia.


Teraz też chodzę po bardzo cieniutkim lodzie. Ale nie stąpam delikatnie. Coś w moim życiu musi pęknąć, coś musi się złamać.


J rozpoczął pracę w poniedziałek. I już wcześniej podejrzewałam, że każda godzina w pracy będzie ciężko zarobionym kawałkiem chleba. Teraz mam pewność. J w poniedziałek wieczorem dotknął fakt, że ja jestem starszym analitykiem, choć przecież to on jest o dwadziescia lat ode mnie starszy, z doktoratem itp. Chciał się nawet licytować na dodatkowe funkcje w strukturze firmy, ale mu powiedziałam, że nie mam czasu na pierdoły.


Kolejnego dnia, J powiedział, że chce zobaczyć moje CV. Powiedziałam, J żeby się bujał, bo ja mam już pracę, a on rozmowy kwalifikacyjnej ze mną przeprowadzać nie musi.


Dziś przyniosłam do pracy moje mydła, które mydlę od kilku tygodni. Z szefową wszystko ugadane, zapłaciłam w czekoladowych ciasteczkach, mogę badać pH ile dusza zapragnie. Sterczymy więc z Grace nad zlewem, moczymy mydło i papierki lakmusowe, wychodzi nam około 9, niezły wynik dla naturalnego mydła (a nie kostek myjących o których gadają w rekalamach). W temacie mydła i mydlenia odrobiłam moją pracę domową. Przeczytałam masę artyułów, kupiłam wodorotlenek sodu wysokiej jakości i organiczne oleje i masła. W temacie mydła jestem obecnie pro. Ale J musiał, po prostu musiał wyskoczyć ze swoją mądrością na temat kwasów i zasad. Kazałam mu spadać i się douczyć. Jak wróciłam do biura, J się aktualnie douczał, jakoś na drugim akapicie przebywał i jeszcze nie doczytał, ale ponownie postanowił ściąć się ze mną w obecności mojej szefowej. Powiedziałam jej albo J, albo ja.


I tylko jedno mnie gryzło. Nie wizja słodkiego bezrobocia, raczej cóż ja pocznę z moim trzecim kotem, którego od dwóch lat dokarmiam na farmie nieopodal laboratorium. Co ja zrobię z Gizmo. I tak wrzucałam kocią karmę do Gizmowej miseczki, i głaskałam szare futro, które tylko do mnie przybiega i tylko ze mną się przyjaźni. Co ja zrobię z Gizzy, która nie nadaje się do miasta i moich zepsutych dobrobytem kotów. Za przyjaźnie ze zwierzętami odpowiada się do końca życia i chociaż jestem skończonym dupkiem, to jeśli nie padnę pierwsza, każde z moich zwierząt ma zapewnioną pełną miskę dożywotnio. Co ja zrobię z Gi?


A później zostałam wezwana na rozmowę. Usłyszałam, że ja nigdzie mam się nie wybierać. Że u nikogo innego pracować nie będę. Mam tylko nie ukatrupić J zanim zostanie zwolniony.


Mój związek chyli się w złą stronę. Zawsze kiedy w grę wchodzi rodzina Iana i rzeczy z nią związane, ja czuję się wykluczona. Podobno powinnam wszystko zrozumieć. No ale czy ktoś jakoś szczególnie się przemęcza żeby mnie zrozumieć. A no nie.


Znacie to uczucie, kiedy człowiek upadnie na podłogę, na plecy i całe powietrze nagle z niego ujdzie, i tak sobie musi przez chwilę swoje odleżeć, musi chwilę dojść do siebie. Nie chce od razu stanąć na nogi, bo potrzebuje czasu? Ian po moim wypadku postanowił mnie podnieść zaraz i natychmiast. A ja chciałam leżeć na podłodze, aż złapię oddech. Aż poczuję, że mogę wstać i równowaga nie zostanie zachwiana. Ian nie zrozumiał moich potrzeb, a ja powinnam rozumieć.


W całym tym podłym ugnuraniu życiem, ciągle jeszcze jest jedna słodka sprawa. Mój kontrabas. W środę gram mój pierwszy koncert z całą orkiestrą. Jestem już po pierwszej próbie generalnej. Kosmos. Wypasiona na maksa sekcja dęciaków, perkusje, struniacze. Kosmos. Po próbie, szef wydziału, dyrygent Matchew podszedł do mnie i mi podziękował. Jestem pierwszym kontrabasistą.


I nikim więcej ponad to nie jestem. A jeszcze chciałabym być. Noszę na plecach kontrabas większy ode mnie. Powinnam już wiedzieć jak nosić ciężary, żeby mnie nie przygniatały. A ja nie wiem. Piorę się po mordzie ze światem i ze wszytkimi wyruszam na wojnę. A za moimi plecami, w moim rogu, nikt nie stoi. 







jestem świrem... 2016-11-27

Liście opadają z krzaków malin. Jestem nudną starą babą, dlatego kupiłam sobie dokładnie taki sam samochód jak poprzednio. Tylko nowszy i ze sportowym silnikiem. Wierzę w obronną moc niebieskiej  blachy na samochodach Audii. Wszak nie jestem mokrą plamą na asfalcie, żyję.


Macie czasami tak, że instynktownie, od pierwszej setnej sekundy kogoś nie lubicie? Ja tak mam z moim nowym współpracownikiem, który zaczyna pracę od jutra. Od pierwszej chwili, od pierwszej rozmowy uznałam, że z kolesiem jest coś nie tak. Dynamika firmy się zmienia. Mamy kilka nowych osób, z którymi mam całkiem niezły kontakt. Ale wiem, że z J tak nie będzie. W J jest coś złego, J odwiedzał nas w biurze, żeby sobie wypić darmową kawę i pokorzystać z darmowego Wi-Fi, jeszcze zanim zaczął pracę. I gadał, gadał i gadał, o tych wszystkich pierdołach, o których tak straszliwie szkoda gadać. I śmiał się takim okropnym śmiechem, z horrorów, kiedy nikt się nie śmiał.


Mogę pracować z kimś kogo nie lubię, jeśli tylko nie jestem zmuszana do interakcji, jeśli przerwę na lunch mamy o różnych porach i nie musimy ze sobą gadać. A J gada. Wypełnia błogosławioną ciszę przeklętym bełkotem.


Mam nadzieję, że jestem przewrażliwiona. Że z J jest wszystko ok, że nie niesie ze sobą złej energii. Że to ja się boję, o swoją pozycję jedynie, bo mam swojego marnego inżyniera a on ma doktorat. Bo jak gada o zagadnieniach chemicznych to ja go zupełnie nie rozumiem. Mam nadzieję, że J załapie szybko, że ja nie lubię gadać z ludzmi kiedy nie ma oczym, że szkoda mi powietrza na bzdurną paplaninę i nie uprawiam small talków.  


Moja mała Grace, lat osiemnaście, z którą pokochałam się od pierwszej chwili kiedy zaczęła u nas pracę, powiedziała mi, że rodzice nauczyli ją, żeby w świecie nie robić sobie wrogów. Moi rodzice mnie tego nie nauczyli. A może starali się nauczyć, tylko ja nie byłam podatnym gruntem. Nie muszę przyjaźnić się z całym światem. Cały świat na to nie zasługuje. Ale nie da się ukryć, że jestem bardzo antysocjalna.


Szkoda mi mojego cennego czasu na interakcje z ludzmi, którzy nie są tego warci po prostu. Mam świra na punkcie tego jak cenna jest każda sekunda mojego życia. Mój świat jest ograniczony bardzo wysokim murem i zawsze będę w jego obrębie bronić rzeczy dla mnie ważnych. Nawet coś takiego jak moja własna przestrzeń w pracy, to moja przestrzeń. Rękę mogę odgryźć jak mi ktoś w nią wejdzie.


Masakra. Jestem świrem.  


red warning of the rain 2016-11-21

Moje życie wspięło się na zupełnie nowy poziom. Nawet pizzy nie dostaję takiej, jaką zamówiłam. A jak dzwonię z pretensjami, to mi mówią, że to dlatego, że deszcz pada. Dosłownie.


Wiem, że deszcz pada. Popadałam dziś w otchłań deszczowej depresji dzień cały. Z pracy to mnie chyba wyrzucą, zresztą sama ich namawiałam kilka razy.


Stałam się czymś okropnym. Wszystkie moje złe cechy wypełzają ze mnie i zalegaja tuż pod skórą. A jak mnie tylko dotknąć, to cały jad się ze mnie wylewa. Zniknęły we mnie wszelkie hamulce. Kiedyś bałam się odezwać, a teraz z moich ust sączy się trucizna. Na gwiazdkę zażyczyłam sobie nóż sprężynowy. Podobno nie dostanę. Ale już jasne jest przecież, że nigdy nie dostaję tego czego chcę, nawet pizzy.


Trzy razy w ciagu jednej nocy śnię koszmary o wypadkach samochodowych. W różnych konfiguracjach. I nie powiem, balsamem na moją duszę jest fakt, że być może złamię Peterowi życie. Peter, sprawca mojego wypadku, jest, ale już chyba niedługo, zawodowym kierowcą.


Nigdy nie miałam przesadnej ochoty na konfrontacje ze światem i innymi ludźmi. Ale skoro już świat się o mnie upomniał w taki i nie inny sposób, to uznałam, że nie mam wyjścia. I będę się bić, kopać i gryźć, będę pluć, będę uderzać poniżej pasa. Skoro już świat się o mnie upomniał, to niech tak będzie. Jestem i czekam. Nic dobrego z tego nie będzie. Bo mi najlepiej w mojej skorupie, gdzie sobie pogram na kontrabasie w orkiestrze i z nikim gadać nie muszę. Gdzie sobie książkę przeczytam, chleb upiekę i zrobię mydło domowym sposobem. Gdzie kot się będzie łasił mokry od deszczu. Miałam dobre i spokojne życie w mojej skorupie.


Trzeba było mnie zostawić w moim spokoju świętym. A nie mi na moją prywatną świętość napadać. Bo z tego nic dobrego nie będzie.


W ramach oprawy muzycznej zostawiam Wam przegenialny soundtrack, do najnowszej serii dokumentalnej Davida Attenborough, Planet Earth II. Słucham i ogladam na skraju sofy. Genialna seria, polecam jak Wam się gdzieś przytrafi możliwość zobaczenia. 







człowiek jest jak woda 2016-11-15

Człowiek jest jak woda. Trochę się poburzy, troszkę rozleje, ale na koniec i tak dopaduje się do naczynia, w którym obecnie się znajduje. Przywyknie.


Przyzwyczaiłam się, do mojego nowego życia, chociaż od niemal dwóch tygodni jest totalnie idiotyczne. I chociaż jest idiotyczne w jednym aspekcie, to mi rzutuje na resztę. Ale może zrobię interes życia na tym wypadku i wysępie więcej kasy od firmy ubezpieczeniowej za mój samochód oddany do kasacji, niż za niego zapłaciłam dwa lata temu. Czysty biznes. Ofiarą nie będę. Nie bardzo to leży w mojej naturze.


Wróciłam dziś z orkiestry. Nie wiem gdzie bywałam we wtorkowe wieczory przed orkiestrą, ale na pewno nie byłam wtedy na swoim miejscu. Poza walorami estetycznymi, te nasze próby są cholernie zabawne. Cała frajda zaczyna się już przed 18.30 kiedy w pokoju nad nami swoją próbę ma koleś grający na dudach. Nie da się ukryć, że to wojenny instrument. W moich własnych oczach odnoszę sukces, nie mam własnego jazzowego bandu, ale po niecałych dwóch latach grania mam własną sekcję w orkiestrze. Trudno to przebić.


Reszta życia całkiem przyjemnie się układa. Już niedługo, już w najbliższą sobotę, zaczynam przygodę z domową produkcją mydła. To na start. Później jak dojedzie wosk pszczeli zabiorę się za balsamy do ust i wyciągi roślinne. Na wiosnę (jak dożyję) będę siać w ogrodzie ogórecznik. Może kiedyś będę mogła rzucić pracę badacza kup w laboratorium i zarobić na te wszystkie nowe struny, samochody i kubki z Bolesławca czymś bardziej kreatywnym.


Człowiek tak szybko się przyzwyczaja. A ja nie lubię się przyzwyczajać. Wtedy tak dużo człowiekowi umyka. Kiedy wszystko już zdąży się ułagodzić i uleżeć. Miłość na którą czekało się przez całe życie, staje się miłościa codzienną, powszednią... 







sinnerman 2016-11-10

Niezwykłe, jak jeszcze osiem dni temu byłam normalna, a dziś już nie jestem. Zerwała się linka która mnie przytrzymywała. Wylała się ze mnie żółć i gorycz. I nic dobrego z tego już nie będzie.


Mam w sobie głębokie poczucie krzywdy i ktoś będzie musiał za to zapłacić. Im dłużej nie płaci ten kto powinien, tym mi jest bardziej i bardziej obojętne kto zapłaci.


Nie mam traumy, nie boję się wsiąść do samochodu i pojechać do pracy. Nie mam koszmarów. Bo i po co, koszmarem jest to co się dzieje wokół mnie po wypadku. Koszmarem jest to jak mój ubezpieczyciel się zachowuje w stosunku do mnie. Dziś wyciagnęłam swój ukochany argument pod tytułem: czy jestem traktowana jako osoba drugiej kategorii, bo nie mam brytyjskiego paszportu? Wylewałam żółć na tą osobę po drugiej stronie. Toczyłam pianę z pyska, paznokcie zakrzywiały mi sie w pazury. Przez słodką chwilę ja byłam górą.


Policja mnie wzywa na przesłuchania. Kpina. Kpina jak diabli. Jakbym chciała życie spędzać na policji, to bym została policjantem albo nieudolnym kryminalistą. Tych udolnych nie mają szans tu złapać, bo są beznadziejnie nieskuteczni i głupi.


Sytuacja zawieszenia mnie tak męczy, a ja nie umiem żyć w zawieszeniu i na łasce cudzych decyzji. I dlatego się tak ciskam. I dlatego lepiej schodzić mi z drogi.


Jestem na granicy podjęcia decyzji o sprzedaniu wszystkiego co mam, a nie ma tych rzeczy zbyt wiele, wyciągnięcia z banku wszystkich oszczędności i wyruszenia w świat. Bo nie interesuje mnie życie w społeczeństwie. Nie interesuje mnie uczciwa praca. Nie interesuje mnie ten kraj. I nie będę się za siebie oglądać, bo nie zapuściłam tu korzeni. Ian nie chciał podpisać ze mną wiążącej umowy na całe życie. Więc poniekąd stracił prawo głosu, bo w wielkich słowach nic sobie nie przysięgaliśmy. A bez wielkich słów i przysiąg ja nie czuję się zobowiązana  liczyć się z kimkolwiek. A mógł, moje serce leżało na wyciągniętej dłoni.


Nie wiem co zrobię. Cokolwiek zrobię, będzie to decyzja podjęta przez skrzywdzonego człowieka. I nie skrzywdził mnie ten wypadek, skrzywdziły mnie wszystkie poboczne wydarzenia.


 




Nie mam ochoty być uczciwym człowiekiem. NIgdy więcej! 2016-11-06

Naiwnie, przez 28 lat wierzyłam w porządek. Wierzyłam, że jeśli jesteś porządnym człowiekiem, to twoje interesy są chronione prawem. Nie są. Że twoja własność jest pod ochroną. Nie jest.


Policja pokpiła moją sprawę. Wątpię aby jakiekolwiek konsekwencje zostały wyciągnięte w stosunku do gościa, który spowodował wypadek. Nie mam ochoty być porządnym człowiekiem, bo kiedy ktoś rozpierdoli samochód porządnemu człowiekowi, to ubezpieczenie będzie chciało się wykpić. A policja nie zrobi nic.


Nie mam ochoty być dobrym obywatelem. Mam straszną ochotę produkować mefę u nas na strychu, bo na tym można świetnie się dorobić i przy okazji wychujać wszystkich dookoła, tak jak ja czuję się wychujana.


Serio, ktoś może pozbawić cię twojej własności, twojego poczucia bezpieczeństwa i zdrowia psychicznego i nie ponieść konsekwencji. Więc po co ja mam być w porządku. Nie opłaca się.


Niegdy nie lubiłam jeździć samochodem. Za dużo wypadków widziałam po drodze. Ale podróże w mojej ciemnoniebieskiej Di były spoko. Świetny samochód. Naprawdę świetny. Z ogromnym silnikiem, ze świetnymi głośnikami, można było się w niej rozpędzić spokojnie do 100mph i prowadziła się idealnie jak przy 50. Nie jestem przesadnym materialistą, ale to był po prostu świetny samochód, mój samochód. Teraz mam jakieś nowe gówno zastępcze, prosto z salonu, zero mocy, myślę sobie czy to trzeba będzie pchać pod górkę, bo samo nie pojedzie. Palić w tym nie można, rozpędzić się nie można, nic nie można.


Wściekam się. A ja wściekam się straszliwie, na brak sprawiedliwości czy większego zainteresowania. Ktoś mi zgwałcił moje życie w jego kształcie i formie. Moje spokojnie życie, żebym teraz musiała pazurami wydzierać namiastkę sprawiedliwości. W dupie mam bycie dobrym człowiekiem. Nie opłaca się. I może ktoś mi powie, że w życiu nie chodzi o to co się opłaca.


Wszystko co mam wypracowałam i wywalczyłam sobie. Wiem jak to jest kiedy w obcym kraju budzisz się w zimnym pokoju na materacu i wszędzie pełno jest wody, bo dach przecieka. A nie masz pieniędzy na nic innego. Wiem, że dla państwa, dla wszelkich organów nic nie znaczę. Ale dla samej siebie jestem wszystkim co mam. I nic więcej się dla mnie nie liczy.


Wiem, że wyrośnie mi tylko od tego grubsza skóra. Wiem też, że nie jestem już zainteresowana byciem uczciwym człowiekiem. Jak będę mogła zrobić coś złego z korzyścią dla siebie, to to zrobię. Jak będę mogła przekręcić jakiś urząd to to zrobię. Jak nadarzy się okazja na coś nielegalnego, co przyniesie mi pieniądze. To to zrobię. Proste. Byłam uczciwym idiotą przez dwadzieścia osiem lat. Nie opłaciło mi się.


 


nie wiesz ile zostało 2016-11-03

Jest mi straszliwie smutno. Życie za długo było po słonecznej stronie. Może zła karma mnie dopada. Może nagrzeszyłam bardziej niż myślę i zaburzyłam jakiś porządek.


Kiedy ktoś ma terminalnego raka, to mówią takiej osobie, zostało ci tyle i tyle życia. Zobaczysz jeszcze tyle i tyle wschodów słońca, będzie jeszcze przed Tobą jedna wiosna. Nikt mi dziś rano, przed wyjazdem do pracy nie powiedział. Słuchaj na drodze A606, zaraz za Burton Lazars, kierowca z przeciwnego pasa w ciebie wjedzie. Wjedzie w Twój samochód, ot tak sobie, rozwali twoje lusterko i cały bok, a ty wtedy będziesz musiała albo jakoś utrzymać się na drodze i nie stracić panowania nad pojazdem, albo wpaść na pobocze, ale wtedy nie wiadomo co będzie. Albo uderzyć kogoś z naprzeciwka. Albo, albo, albo.


Jestem tu. Nie wiem jak to się stało, ale nie wypadłam na pobocze, nie uderzyłam nikogo z naprzeciwka, dziewczyna która jechała za mną też wyszła z tego szczęśliwie. A ten kutas, który spowodował wypadek uciekł! Po prostu uciekł. Wiem, że ktoś zadzwonił na policję, z jego numerami, więc tak czy siak powinni go złapać.


Jest mi straszliwie smutno. Mogę sobie planować karierę kontrabasową, imprezę w sobotę, i co będę robić na starość. Gwarancji, że jakieś jutro kiedykolwiek nadejdzie, nie mamy żadnej.







krzyżyki i bemole 2016-10-22

Vivaldii mnie wykończył psychicznie. A lubiłam przecież sobie strzelić w samochodzie Cztery Pory Roku z Nigelem Kennedym.


Jestem pierwszym kontrabasem w orkiestrze struniaczy na Uniwersytecie w Nottingham. Jestem pierwszym i jedynym kontrabasem w orkiestrze. Czujecie grozę? No. To jestem pierwszym kontrabasem w tej orkiestrze, a wiolączele jeszcze nie dojechały. Skrzypków to się pytają, kto chce być solistą, nigdy nikt nie chce, a ja jestem solistą, bo mnie nikt nie zapytał.


Na tydzień wypadłam z muzycznego obiegu, bo pojechałam na wakacje do Polski. I teraz trzęsę portkami, bo do repertuaru wszedł Vivaldii w prędkości światła i nie ogarniam. Od B do D na strunie G jest taki kawał drogi. Jak żyć. Postanowiłam zdublować sobotnie lekcje gry, wprowadzić przymusowe katorżnicze praktyki, pić wyciąg z kozłka aby moje rozchwiane emocje nie wzięły nade mną góry i zobaczymy.


Rodzice nie wychodowali mnie na muzyka, a gram z ludzmi, którym nie poci się wszystko na widok tych pozornie przypadkowych krzyżyków i bemoli. A mi się poci! Bo mnie nie hodowano na muzyka. Mnie hodowano, na żonę i matkę dzieciom. Nic z tego nie wyszło, chcę krzyżyków i bemoli, chcę tego delikatnego pyłku kalafonii unoszącego się w powietrzu, chcę szelestu kartek z nutami.


Mój Boże, ależ bycie muzykiem jest romantyczne. Jak u Jane Austen. Tylko kontrabas, ta stara gruba baba, ten drzewny trup jest taki nieporęczny, jak idziemy ulicą to mnie przerata, siniaczy mi łydki, nie mieści się w drzwiach, ale idziemy. Jak jednoosobowy tabor cygański, z garbem na plecach większym ode mnie, ze smyczkami w lewej, z papierosem w prawej, z damską torebką pełną rosinów na pogodę i niepogodę, z nutami w szarej teczce.  I tylko mi zacząć zaczepiać młode panny na ulicy i wróżbę za banknot szeleszczący im proponować.


Przepraszam za ten słowotok. Ale Vivaldii mnie wykończył psychicznie. 







o gotowaniu, miłości, hedonizmie i szeptuchach 2016-10-09

Jak tak sobie siedzimy i gadamy przy kubku pirackiej herbaty, w piekarniku piecze się lasagna. Wszystko wszystko domowej roboty, poza płatami makaronu, bo nie ma we mnie za grosz masochizmu, czysty hedonizm raczej.


Lubię gotować kiedy mam wolne. Gotowanie jest bardzo jak magia w rękach bardzo współczesnej wiedźmy. Mam w kuchni pełno słoików z kolorowego szkła wypełnionych suszonymi ziołami z mojego ogrodu. I wszystkie one mają jakieś zastosowanie poza walorami smakowymi. Ian już przyzwyczaił sie do bukietu rozmarynu suszącego się w kuchni, niby świetny do wołowiny, ale tak naprawdę ma odpędzać złe moce. Szałwia świetnie smakuje z wieprzowiną, ale też pomaga zdezynfekować rany i problemy z infekcjami w jamie ustnej. Lubczyk, wiadomo na miłość. A tak na prawdę, lubczyk jest naturalnym afrodyzjakiem, który podnosi libido.


Lubię czytać o szeptuchać i ich obrzędach, lubię przeglądać stare zielniki i dowiadywać się nowych rzeczy. Uważam, że bardzo wiele z naszych schorzeń można wyleczyć czerpiąc z niesamowitej mocy ziół. Dlatego w głębokiej pogardzie mam wszelkie suplementy. A na katar i prychanie mam domową nalewkę malinową. Rozgrzewa i poprawia humor, każdy wygrywa po prostu.


Gotowanie mnie relaksuje, gotowanie w stylu mojej babci, nie mojej mamy. Moja mama całe życie wszystko robi szybko. A babcia kroiła każdą marchewkę w idealną kostkę. W wielkim garze barszczu poza burakami i włoszczyzną pływała też cała jej miłość i oddanie. I ja tak lubię gotować, kiedy mam czas. Chociaż nie lubię zajęć przesadnie czasochłonnych, nie mam cierpliwości do pierogów i rzeczy przy których trzeba stać godzinami. Dlatego też wszystkie moje wypieki są takie no, grubociosane, bo szczyt zdolności dekoratorskich to świeże owoce, listki melisy i mięty.


To tyle, za pięć minut piekarnik zapika na mnie, że już czas nadszedł i możemy siadać i jeść. A jeszcze muszę wykończyć zieloną sałatę, tym całym dressingiem, z jabłkowym octem (domowej roboty ze wsiowych jabłek), miodem, czosnkiem i oliwą.


Miłej reszty niedzieli Wam życzę.


 


dzieci, które wsiąknęły w prześcieradła.. 2016-10-05

Moja Mama zawsze mi powtarzała: kobieta powinna być niezależna.


Nigdy: miejsce kobiety jest w domu, kobieta ma urodzić dziecko, kobieta ma być posłuszna. Nic z tych rzeczy. Tylko: kobieta ma być niezależna.


I dzięki bogu, są na świecie mężczyźni, którzy lubią niezależne kobiety, którzy nie stawiają siebie na piedestale wszystkowiedzących władców tego świata. Tylko są partnerami.  


W ogóle mężczyźni, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy w kwestii kobiecej natury, najczęściej nigdy nie mieli w swoim życiu kobiety. Często też noszą kiecki zapinane na milion guziczków i ślubowali celibat, a i tak tylko jedno im w głowie.


Faceci bez pojęcia o kobietach i bez matetiału źródłowego piszą te swoje prace o kobietach, bezując na trzech komentarzach, które kiedyś przeczytali w Internecie, a do tego coś im się pokręciło po drodze i pomieszało, wyszedł z tego zwyczajny kociokwik. Przykro patrzeć jak tak strasznie głośno wykrzykują te bzdurne slogany. Ale każdy ma prawo zabrać głos w dyskusji, tylko nie każdy powinien.


Trochę mnie mdli od tej całej kampanii na temat obrony życia. Na chłopski rozum, to gatunek ludzki jest po ciemnej stronie mocy jeśli chodzi o obronę życia. Jak narazie to tylko karczujemy, mordujemy inne gatunki albo ludzi innych wyznań. A trzęsiemy się nad zlepkiem komórek, które są dokładnie: zlepkiem komórek. Zygotą. Żeby to zobrazować: komar jest tysiąc razy bardziej złożony. Ale komara to jakoś nie szkoda. Mordercy komarów! Idąc tym tropem rozumowania, niedługo będziemy wyprawiać pogrzeby wszystkim dzieciom, które wsiąknęły w prześcieradła. Będziemy bronić życia, które się nawet jeszcze nie poczęło. Paranoja.


Mi jest przykro kiedy patrzę na dzieci, które urodziły się chore. Które nigdy nie będą biegać, ani skakać. Które nigdy nie zobaczą płatków śniegu, a jedynie poczują ich zimne, mokre dotknięcia na policzku. Bardzo współczuję rodzicom takich dzieci, bo rodzicielstwo samo w sobie jest mega wyzwaniem. Każdy, dobry rodzic, chce aby w przyszłości jego dziecko było szczęśliwe. Chore dzieci mają trudniej na każdym kroku. Z tego powodu jest mi przykro.


Ja nie bronię życia poczętego. Dla mnie człowiek jest wolny, kobieta nie jest inkubatorem, a o sprawach tak intymnych powinno się dyskutować w gronie zainteresowanych. W tym wypadku to decyzja niekiedy tylko kobiety, a czasami również mężczyny. Dawców dwóch gamet.


Nie jestem potworem. Potworami są ludzie, skazujący innych na cierpienie, skazujący innych na bycie całe życie zależnym od innych. Potworami są ludzie, którzy mają dzieci a nigdy ich nie kochali i nie nauczyli kochać.


Ciężar własnych decyzji dzwiga się w naszym świecie w pojedynkę, więc dlaczego zmuszać kobiety do czegokolwiek. Dla mnie przymuszenie drugiej osoby do czegoś jest gwałtem na wolności.


 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]