jacqueline | e-blogi.pl
Blog jacqueline
czas, który płynie słodko 2016-08-29

Lubię leniwe, długie weekendy. Mój przeciągam jeszcze do jutra.


Grzebałam się już w ziemii w tym wolnym czasie. Wycinałam przekwitłe kwiaty, zrywałam maliny i wieczne truskawki. Wrzucałam własne ogórki do słoja z soloną wodą, chrzanem, koprem i czosnkiem. Zrywałam małe pomidory. Suszyłam płatki nagietków.


Przeczytałam przeuroczą książkę „Efekt Rossie” i obejrzałam fenomenalny film „The Dressmaker”. Ugotowałam kilka smakowitych obiadów.  Grałam na kontrabasie, wszystko to co kiedykolwiek zdarzyło mi się zagrać.


Jutro planuję założyć gumofilce (no dobra martensy) i w jedną rękę chwycić mój piękny wiklinowy kosz zbieracza, a w drugą wędkę i iść na zbiory/ryby.


Życie byłoby piękniejsze, bez lawirowania i bez chodzenia do pracy. Moje numery nie padły w sobotę w losowaniu lotto, więc cudowna odmiana losu mnie nie spotka.


Ale kto wie? 27 września idę na pierwsze spotkanie z orkiestrą. W pracy nie zrobili mi problemu z przesunięciem godzin. Szacunek. Może za kilka lat, może po trzydziestce trochę, będę mogła zmienić ścieżkę kariery. Nie zostanę już raczej profesjonalnym muzykiem sesjowym. Ale kto to wie. W życiu czasami przydarza się trochę magii. I mi jeszcze jakaś odrobina się trafi. Może jak dorosnę i jak dorosnę muzycznie, spotkam kogoś wkręconego w te same struny co ja. Będziemy grać dziwaczny post jazz, na efektach, na paninie zrobionym z łupiny kokosa. A póki co, muszę kupić sobie długą czarną suknię i szpikni. I stać się kobietą poważną, nie w tych moich wiecznych trampkach, portkach i z nieuczesanymi kudłami, które hoduję obecnie tylko po to żeby je ściąć dla kogoś po chemioterapii. Będę mieć długaśną, poważną czasną suknię, do samej ziemii i będę grać na basie w ostatnim rzędzie. Pierwszy kontrabas, jedyny kontrabas w orkiestrze, bez wymaganych stopni wtajemniczenia i umiejętności. Biorą mnie, bez przesłuchania, bo innych opcji nie ma, a jak to móją Angole beggars can’t be choosers. Więc biorą co dają. Biorą mnie. Ciekawe czy to będzie szczęście, czy nieszczęście. I dla kogo. Ciekawe, co to będzie?


 







Takiż to świat! Niedobry świat! Czemuż innego nie ma świata? 2016-08-22

Jasiek śpi na kanapie przy meczu kogoś tam z kimś tam. Ja muzycznie tkwię w polskiej muzyce lat dziewięćdziesiatych. Genialnie nie jest, ale mam przeogromny sentyment.


Jak rzeczywistość mnie wkurza, to chowam się w moje prywatne rejony komfortu, kiedy Aga Chylińska nie była seksowna.


Skalałam po angielskich kanałach tv. Sex box. Pary udają się do tytułowego pudełka, w którym uprawiaja seks (bez kamer), po czym wychodzą i rozprawiają o tym co też robili, jak to robili i co można w tym poprawić. Skaczę dalej. Naked attraction. Uczestnicy dokonują wyboru partnera na randkę, oglądając nagie ciała potencjalnych kandydatów.


Dla mnie miłość to Jane Austen a nie pięćdziesiąt twarzy Greja. Kiedyś, kiedy dorastałam na tej swojej sielskiej wsi, zawód prostytutki nie był powodem do dumy. Sprzedawanie siebie za pieniądze, to coś czym nikt się nie chwalił. Seks był czymś intymnym, czymś szczególnym, a nie pewną odmianą sportu. A teraz jakis system punktów i zaliczeń. Kto szybciej i kto więcej.


Seks powinien być prywatny. Powinien dotyczyć dokładnie dwóch osób. Jeśli jest inaczej, to to jest branża pornograficznych filmów dla dorosłych. I świetnie, niechaj sobie ona istnieje i prosperuje. Ale niech mi nie wychodzi z publicznej telewizji, przy kolacji, kiedy nie mam ochoty śledzić rozmiarów i wielkości cudzych piersi i penisów. Niech mi się tego nie wtyka w porze relaksu, jako pseudo edukacyjnego bełkotu. Wszyscy jesteśmy tacy różni. Od 65A do 90H. A wszystkich nas sprowadza się do ciała, jakby nic więcej w nas nie było. Jak patrzę na niektórych ludzi, z przerażeniem stwierdzam, że tam poza kolorowymi soczewkami, tam dalej w głąb, w istnienie, tam naprawdę nic więcej nie ma. Wszystko wyprane, wyblakłe, puste.


Świat staje się płytki i świat się wypiętrza w rejonach, które powinny pozostać nizinnymi. Tajga zamienia się w pustynię a płuca ziemii cierpią na bezdech. 







push the sky away 2016-08-13

Kto nie zna tego oklepanego stwierdzenia: nie jesteś sam.


I chociaż to brzmi jak nieprawda, bo w swoim bólu istnienia czujemy się zwykle samotni, to jednak.


Chodzimy ścieżkami, po których przesło już wiele innych osób przed nami. Dziś odkryłam zaletę blogów internetowych.


Mam swoje małe prywatne zafiksowanie na zaręczyny i małżeństwo. Jeśli mój nastrój choć trochę spada, to tym tematem sprowadzam siebie w rejony depresji. A dziś przeczytałam bardzo mądry wpis na jakiejś stronie. Bo mężczyźni, którzy nie wierzą w małżeństwo, to wbrew temu co myślałam, nie jest przypadek jeden na milion. Chodzili już tacy po tej ziemii. A ja po prostu podążam ścieżką kobiet, które już były na moim miejscu.


Kiedy wznoszę się na absolutnie wyżyny mojej osobowości, poza miłość własną i egoizm, to udaje mi się zobaczyć świetlaną przyszłość z Jaśkiem i serio niewielkie znaczenie ma fakt czy mam na palcu obrączkę czy też nie.


Jego niechęć do małżeństwa nie pojawiła się przecież razem ze mną. On nigdy nie wierzył w tą instytucję. Nie jest to więc personalne.


Personalne jest raczej jego oddanie, szacunek i miłość którą mnie obdarza.


Fajnie by było, ale jeśli nigdy nie będzie to też ok. Niczego ważnego, niczego w istocie sprawy to nie zmieni.


 




dorosłość jest przereklamowana. bardzo 2016-08-11

Miałam pyszne dzieciństwo. Miałam bajkowe dzieciństwo, bez kłótni, rozpadu rodziny. Nie przywykłam, że świat może być szarobury, bo był jasny i radosny.


Los oszczędził mi wielu paskudnosci kiedy byłam dzieckiem. Życie było słodkie. A teraz w słodycz sączą się kropelki dziegciu. Nie przywykłam. Nie przywykłam do tego, że w pewnym momencie bliscy zaczynają odchodzić. Że więzi rodzinne zaczynają się rozluźniać i rozpadać.


Że można z kimś dzielić całą masę kodu genetycznego, a nie znaleźć nigdy wspólnego języka.


Moja babcia umarła w niedzielę. Straszne było jej powolne umieranie i okoliczności w jakich umierała. O jej śmierci dowiedziałam się dzisiaj, nie ja jedyna zresztą.


Wychowano mnie w przeświadczeniu, że starszym ludziom szacunek należy się z urzędu. A figę. Można przeżyć i tysiac lat, i być przez całe życie złamany fiutem. Wyrzucam więc to przeświadczenie, bo jest błędne. Rodzina i więzy krwi to też właściwie tyle co nic.


Dorosłość jest straszliwie przereklamowana. Piekielnie. Niby można ten seks, papierosy, alkohol i narkotyki, do oporu. Samochodem można jeździć. Można sobie kupić. Ale że w bonusie dostaje się całą masę problemów, że lodówkę to trzeba samodzielnie napełnić i jeszcze ugotować (bo na telefon to tłusto i niezdrowo), odpowiedzialność trzeba brać, sternikiem zostać okrętu. Samochód trzeba zalać dieslem, chociaż benzyna korci, bo taniej. Trzeba się ubierać i wypowiadac kulturalnie a nie co drugie słowo to k...


Życie...


nikt nie jest uszyty na miarę 2016-08-07

Nasz związek wisiał na włosku. Ale nadal wisi, trzyma się ciągle.


Nie wiem jak było blisko do rozstania, a jak było daleko, ale coś złego było w powietrzu. O miłość trzeba dbać, miłości nie można samopas zostawić, bo zdziczeje, bo będzie się rodzić pokrzywiona i karłowata.


Nie stały się miedzy nami zdrada, kłamstwa i oszustwa. Ale stał się między nami chłód i niechęć. Jakiś czas temu obudziliśmy się w rzeczywistości, która nas gniotła i trzeba było zrobić krok w jakimś kierunku. Już nie można było udawać, że jest dobrze, bo nie było.


I tak powoli, sukcesywnie, odnajdujemy do siebie drogę. Bo bardzo nie chcę żebyśmy rozeszli się w różnych kierunkach. Pewnie, że nie jesteśmy najbardziej dobraną parą pod słońcem. Chyba żadna para nie jest uszyta na miarę. Mamy oboje dominujące charaktery, jesteśmy uparci jak osły i trudno nam ustąpić. Do tego Ian strasznie chrapie, ale zacny z niego człowiek.


Dlatego wierzę, że wyjdziemy na prostą. Nauczymy się o sobie więcej. Nauczymy się nie ciskać gromów z powodu rzeczy, które w ogólnym rozrachunku nie mają wielkiego znaczenia.


W ostatnim czasie zrobilismy razem kilka strasznie fajnych rzeczy. A zapomnieliśmy już prawie jakie to ważne, kiedy człowiek żyje tym życiem dorosłego człowieka, z masą obowiązków, że trzeba to czasami odgrodzić grubą linią i znaleźć czas na przyjemności. Na ryby, na przykład, to ja teraz mogę chodzić co tydzień. I tak sobie wyciągać rybkę z wody co dziesięć minut, siedząc przy wodospadzie, który kojąco szumi. I jak jeszcze nie muszę nakładać robaków na haczyk i wyciągać haczyków z rybich pyszczków, to tak już w ogóle mogę. 


świat się nie zawali 2016-08-05

Od życia można zwariować, ale można też nie zwariować. Na tym obecnie się skupiam.


Problemy, które dziś są końcem świata, jutro stracą sporą część swojej mocy. Czasami warto przeczekać, zamiast walić głową w ścianę. Ignoruję więc rozgrzebany remont, ignoruję moją pracę, ignoruję samochód który się psuje i brak wakacji.


Za to jutro wielkie, słodkie plany. Co kto lubi, chłopiec od rana pojedzie do sklepu wędkarskiego kupować larwy muchy domowej, a ja w ogród przycinać i kiełznać to dzikie szaleństwo. Babranie się w ziemi to świetne lekarstwo. A ja wszystko zostawiłam przed miesiącem i tak sobie wirowałam coraz szybciej i szybciej wokół własnej osi. I pojedziemy jutro na ryby (Jasiek) i zbieranie ziół (ja). I moze witaminy D nam przybędzie i piegów od słońca, i się wyluzujemy jak para zblazowanych nastolatków rzucająca ziemniaczane chipsy kaczkom. I będę jarać trawę, jak prawdziwa zielarka.


Chciałam dorosnąć, mieć wszystko pod kontrolą, zapięte na ostatni guzik, zorganizowane i poukładane. A zamiast tego w szwach mi się porozchodziło, guzik odpadł, a łokieć to w ogóle się przetarł. Dlatego olewam. Świat się nie zawali. Świat naprawdę się nie zawali.  


 







28.07.16 2016-07-28

Nawet nie wiedziałam, że Elvis Presley wydał album pod koniec ubiegłego roku. Magia.


Ponieważ Elvis może wydać album pośmiertnie, to ja mogę zaplanować mój ślub z Jaśkiem do którego nigdy nie dojdzie, w Vegas.


Kupiłam wczoraj bilety na Avishai Cohena w Londynie na luty. I przysięgam, że byłam naprawdę, naprawdę szczęśliwa z tego powodu.


Jeśli czasami mnie coś podnosi z podłogi, to muzyka. Za miesiąc mam grać w orkiestrze, a mój nowy współpracownik nie przychodzi wcale do pracy. Telefon w biurze się urywa. Zostałam boginią od biogazu. A chciłam, kontrabasu. Ot, dorosłość.


Może z orkiestry wyjdzie coś dobrego, może sieć kontaktów, numer telefonu do perkusisty, który nie liczy za godziny.


Utknęłam w pracy, która poza widokiem z okna nie jest w najmniejszym stopniu inspirująca. A mnie cały czas musi coś nakręcać. Ciągle musi się coś rodzić, a nie odtwarzać, odczytywać na skali. Nie kalkulować.


Swój zawód wybrałam dla pieniędzy. Pieniądze są spoko, ale jednak na dłuższą metę nie da się ich kochać. Na dłuższą metę, rekompensata, którą można sobie za nie kupić, nie wystarcza.


 


Co cie nie zabije 2016-07-24

 


To Cie nie zabije. Zobaczyłam dziś swoje zdjecie z czasów kiedy miałam lat może dwadzieścia, a może dwadzieścia jeden. Przeżywałam swoją pierwszą, poważną, spełnioną miłość. W związku który był koszmarny. Ale mój Boże, jaka ja byłam na tym zdjęciu szczęśliwa. Śmiały mi się oczy, śmiały się moje usta, łabędzie zjadały mi bułkę z ręki na plaży w Sopocie.


Osiem lat później jestem starą babą z depresją, którą życie przygniotło. I tylko istnieję, tylko oddycham, ale już nie jestem częścią niczego. Gdzie nie pójdziesz, gdzie nie spojrzysz, ruiny, spalone mosty i miasta, opuszczone osady. Nikt już tutaj nie mieszka.


Jestem w środku tylko gniewem, tylko goryczą, tylko napiętą struną. Nic we mnie nie dźwięczy słodko, ani się nie śmieje. Jestem smutnym wariatem. Samotnym, starym i smutnym wariatem.


Na nic nie czekam. Nie mam żadnych słodkich planów. Nie jadę na żadne wakacje, bo mam w domu remont, który nigdy się nie skończy. Mam pudła, kartony wypchane próbkami w pracy, których nie jestem w stanie przerobić. Nikt nie klęka przede mną i nie pyta mnie czy spędzę z nim reszty życia. Nie planuję wspólnych dróg, wspólnych wypraw, wspólnych dzieci.


Czym było to, co mnie zniszczyło, nie wiem. Możliwe nawet, że to ja sama. Możliwe, że wszystko co mnie otacza.


Wybawienie nie przychodzi z nikąd. Ja nie mam siły. Ja już chyba zwyczajnie utonę, jak ta mysz wczoraj w naszym grodzie, której nawet masaż serca nie pomógł. Ja już chyba zwyczajnie utonę. 


na zachodzie bez zmian 2016-07-10

Świat poukruszał mi się to tu to tam. Przysypało mi głowę popiołem.


Czasami po prostu nie wiem, w którą stronę iść, w jakim kierunku się obrócić, żeby chociaż przez chwilę na mojej drodze nie leżały spiętrzone problemy. Chcę dobrze, wychodzi jak zwykle.


Ale opowieści o wszystkim co złe zostawię sobie na inną okazję.


Nieco ponad tydzień temu zagrałam mój pierwszy koncert. Jest to określenie bardzo na wyrost, bo jednak kameralne to było bardzo, przy sześcioosobowej widowni, we własnym salonie, ale jednak, no ale jednak. Zagrałam dziewięć utworów w duecie w wiolączelą. Ja kontrabas zagrałem z wiolączelą. Na dziewięć utworów tylko jeden został przeze mnie dokumentnie skopany. Rytm ¾ to nie moja bajka. Walc to nie moja bajka. Ja jestem ciosana grubo, bez finezji. Jakkolwiek, po tym walcu nieszczęsnym, który można powiedzieć, po mnie przejechał, zagraliśmy naprawdę nieźle. Utwór Larryego Clarka, z moim pierwszym (dobrym, naprawdę dobrym!) staccato na sam koniec występu, wyszedł nam doskonale.


A we wrześniu idę do orkiestry. We wrześniu zostanę jedynym (czyli pierwszym!) kontrabasem w orkiestrze na uniwersytecie w Nottingham. Czekam bardzo.


W miarę jak rozwijają się moje umiejętości mogę grać rzeczy, które zwyczajnie mi się podobają. Już nie ścibolę kurek trzech i panie Janie. Wiem, że pewne rzeczy trzeba zagrać. Ale ciężko jest odkleić się od sofy po całym dniu pracy, bo ‘coś trzeba zagrać’, znacznie przyjemniej jest wbiegać po schodach do pokoju muzycznego, bo cały dzień czegoś nie słyszałam, a to takie świetne, nie mam płyty, nie ma na yt, muszę sobie zagrać. I gram, i jaram się tym graniem. I już mnie nie korci, żeby gdzieś tam Bachowi nuty zmieniać, bo ja mam bardziej współczesną wizję. Teraz mi się chce grać w punkt.


 




brand new word 2016-06-25

Obudziłam się wczoraj rano w innym świecie. Na wczoraj też ustawiłam spóźnioną imprezę z okazji nocy Kupały, z lampionami, ogniem i grillem. Polscy znajomi wcale się nie stawili, a angielska cześć widowni, okrasiła imprezę mianem pożegnania dziewczyny Iana.


Nie lubię nowego świata, bo ilość ‘śmiesznych’ żartów w stylu czy jestem już spakowana albo dlaczego odzywam się na dany temat skoro nie mam głosu, przestała być śmieszna w połowie pierwszego żartu.


Za to w pracy, też w innym świecie usłyszałam, że firma nie może sobie pozwolić na to żeby mnie stracić. Jakby co to mam w nich wsparcie, mam plecy i mam ludzi, którzy stoją za mną murem.


Obudziłam się w innym świecie, w którym decyzje podejmują ignoranci i egoiści. Ludzie krótkowzroczni i po prostu czasami beznadziejnie głupi. Nie podoba mi się ten świat. Ale też nie chcę wyjeżdzć. Miałam pełne prawo przyjechać tutaj i tutaj budować moje życie. Nie zamierzam pozwolić na to, żeby ludzie, którzy znaczą dla mnie tak niewiele mieli kilka minut wybornej zabawy moim kosztem. Ja przepłynęłam już jedno morze, a oni całe życie żyli na wyspie i nie mają mi niczego do zaoferowania. Bez słów jestem w stanie sprawić, żeby nagle wszyscy stali się nie na swoim miejscu i jakoś tak przeogromnie zagubieni. Mam chwile słabości ale nie jestem słaba. I to jest ta różnica między nami.


Ja wypracowałam sobie mocną pozycję w ciągu trzech lat. Taką, której oni nie osiagnęli przez całe życie, choć przecież są starsi i są u siebie. Więc kij wam w oko. I sorry, że wasze dziewczyny nie są z wami, że nie macie ciepłych domów z domowym ciastem i że zegar wam nie tyka na ścianie. Sorry, że nie wiecie o co chodzi w przyjaźni i szacunku. Sorry, że ja jestem w miejscu, do którego wy być może nigdy nie dojdziecie. Ja sobie na to ciężko zapracowałam.


Ja się nie poddaję, chociaż czasami grawitacja działa na mnie za mocno, czasami żyję w bardzo ciemnych i złych miejscach. Ale zawsze prędzej czy później z nich wychodzę i idę do przodu.


Więc nie, nie pakuję się. Nie krzyż na drogę, nie. Jeśli sprawy potoczą sie dla mnie źle, to mam tu ludzi, z waszym bratem na czele, którzy stoją za mną i jeśli zajdzie taka potrzeba zadbają o mnie.


Nikt nie lubi czuć się gorszy. Ale ja nie mam powodu. I na pewno nie moim kosztem będziecie sobie podnosić własne, zakompleksione, poczucie wartości. 







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]